Moc truchleje

Okres przedświąteczny upływał w pełnym adwentowego oczekiwania skupieniu i szerzącej się miłości bliźniego. Zainspirowani ewangelicznym przesłaniem mszy roratnych katolicy wznosili serca ku nadciągającej z niebios rosie i wypatrywali Sprawiedliwego w nadziei, że nowonarodzone Dziecię obdarzy ich ośmioma błogosławieństwami i wszelką pomyślnością, a oczyszczone jego dobrocią ziemskie niwy popłyną nagle mlekiem, miodem i krupnikiem. Odkupione w ofierze eucharystycznej grzechy odpływały w zapomnienie, marnotrawni zwracali się w stronę swych rodzin, by dzielić z nimi opłatek, barszcz i kutię, a nocą – gdy głos już się rozejdzie – kolędować lulającemu w żłobie Jezuniowi i Maryi Zawsze Dziewicy.

Porządkując swe serca i domostwa na przyjęcie Pana wierni – choć oddani duchem boskiej posłudze – odnajdywali również czas na postne spotkania z przyjaciółmi i współpracownikami, w czasie których mogliby pojednać się w Bogu, zakąszając przy okazji śledzikiem pitą na zgodę seteczkę. A że czas był święty i zbrukanie go pracą nie licowałoby z odmienionym pokutą sercem chrześcijanina, spotkania towarzyskie mnożyły się i prześcigały w wystawności i każdy pracownik najemny za punkt honoru stawiał sobie uczestnictwo w możliwie dużej liczbie „opłatków”, „śledzików”, „wigilii” i – tfu! tfu! – „krismes partyz”, licząc nie tylko na zapełniony darmową strawą żołądek ale i wiekuiste zbawienie.

Kiedy – przedarłszy się przez zalegające na Placu Piłsudskiego zaspy – dotarłam w końcu na miejsce, w którym odbywać się miało adwentowe pojednanie słynących z grzesznego rozpasania pracowników mediów, w drzwiach oczekiwali już na mnie dwaj panowie o mocno rozbudowanej muskulaturze i podejrzanie gładkich czaszkach, którzy – nie bacząc na chrześcijański obowiązek dopuszczenia do stołu każdego strudzonego wędrowca – wydobyli ze mnie podlegające ochronie prawnej dane osobowe i sprawdziwszy dokładnie moje personalia zaprosili do środka.

Wokół panował mrok i dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że wnętrze nie kryje w sobie oczekiwanej kaplicy ale modny klub nocny z barokowo wyposażonym barem, nazbyt rozebranymi hostessami i dudniącą przenikliwie muzyką, której nijak było do chorałów anielskich czy choćby pieśni Debussy’ego. Po prawej, w głębokim wykuszu sali kłębił się tłum nieumiarkowanych w jedzeniu i piciu, którzy wyrywali sobie nerwowo talerze i usiłując przekrzyczeć muzyczny łomot wymieniali recenzje potraw. Ich walkę o karpia z pysznym, anorektycznym niesmakiem obserwowały siedzące przy barze ascetki, raczące się rześkimi nutami importowanej wprost ze źródeł Fiji wody mineralnej. Nieco dalej – w bezpiecznej odległości od tych niemiłosiernych piękności – rozochoceni panowie wyrywali barmanowi flaszeczkę zapewniając, że pozostawienie jej pod ich czułym nadzorem uwolni go od zbędnej pracy i będzie prawdziwie dobrym uczynkiem. Tym większym, że grupa zamorzonych ofiar chirurgii plastycznej szybko rosła w siłę i nikt nie był już pewien, czy to efekt wódeczki, czy raczej jej braku.

W najdalszej części, usadzeni na pluszowych kanapach spoczywali ci, których przenikliwa mądrość skierowała na tereny odległe od rybich ust koleżanek i rybnych przysmaków kucharza. Zaopatrzeni w zacną baterię kieliszków, szklanek i kufli pogrążali się w cichych Polaków rozmowach o zbliżających się świętach, rodzinnych spotkaniach i sylwestrowych planach. Ufryzowane specjalnie na tą okazję kobiety w nowych kieckach i grubych makijażach pozwalały, by sączone powoli wino rujnowało im bladość cery i matową gładkość obliczy i wzdychając ciężko biadoliły nad swą niedolą żon i matek a przypadkowi mężczyźni kiwali głowami ze zrozumieniem, jakiego nigdy nie dane było dostrzec ich własnym małżonkom i dziatkom.

 

– Ja mam w tym roku u siebie teściową – westchnęła Krystyna a otaczające ją głowy zafalowały w nieudawanym współczuciu. – Brat męża postanowił wyjechać na Bahamy, więc stara kutwa ląduje u nas…

– To i tak lepiej, niż gdybyś ty miała iść do niej – pocieszyła ją lojalnie Jola. – Przynajmniej nie będziesz musiała chwalić jej potraw…

– I co mi z tego?! – Krysia zdawała się nie pojmować pociechy. – Przecież wiesz, że nie umiem gotować. Trzeba będzie wszystko zamówić a starej i tak nic nie będzie pasować…

– No, ale jednak to miłe, że wciąż ma matkę… – kolega Jarek pociągnął drineczka. – W końcu święta to czas dla rodziny. No i na rok będziesz mieć ją z głowy… A jak dobrze pójdzie to i na dłużej… – dodał poufale uśmiechając się słodko.

 

– Zupełnie nie wiem, co kupić Marcinowi! – jęknęła teatralnie rozparta na sąsiedniej kanapie gwiazda. – Mamy już wszystko, więc problem jest nader kłopotliwy… – westchnęła triumfująco i szukając podpowiedzi u siedzącej obok stażystki spytała: – Co jest w tym roku modne? Coś z elektroniki? Jakiś sportowy gadżet? Nowe kije do golfa dostał na urodziny. Co prawda nie gra, ale co można kupić takiemu snobowi? – zaśmiała się perliście. – W sumie to powinna mu wystarczyć moja miłość, prawda? No ale święta to prezenty, więc muszę coś wymyślić. Zwłaszcza, że dał mi trzydzieści tysięcy na zakupy i głupio by było, gdyby nic nie dostał… A ja już sobie kupiłam wisiorek! Ładny, prawda? Jeden brylant a taki efektowny! I udało mi się stargować na dwadzieścia osiem tysięcy, więc naprawdę okazyjnie! No ale z kobietami zawsze jest łatwiej! Powiedziałam mu już, że może mi teraz dokupić kolczyki, więc on ma sprawę z głowy…

 
Podniosła wzrok i przez moment spoglądała sennie w przestrzeń w poszukiwaniu natchnienia. W końcu, zrezygnowana wzruszyła ramionami i wyciągając wypielęgnowaną dłoń w stronę stojącego obok kolegi pogładziła go lekko po udzie:
 

– Przyniósłbyś mi jeszcze winogron, Pawełku? I białego wina… – zatrzepotała zalotnie rzęsami. – Poszłabym sama, ale tam wciąż kłębi się ta hałastra a ja tak nie lubię tłumów…

 
Pawełek ukłonił się karnie i wdzięczny za przyznanie mu odpowiedzialnego zadania odmaszerował w stronę bufetu.

 

– Nie no, stary! Gratulacje! – z kolejnej loży uniósł się silny męski głos a ja zwabiona jego brzmieniem przesunęłam dyskretnie w stronę nonszalancko odzianej grupy mężczyzn. – Kurewsko ci zazdroszczę!

– No, udało się – kolega Darek uśmiechnął się szeroko. – Taka wyprawa do Afryki to zajebista rzecz. No i oderwę się na trochę od pieluch. Młody wciąż krzyczy, Ewka na ostatnich nogach, spać się nie daje. Biedaczka nie ma nawet czasu, żeby włosy umyć a co dopiero święta urządzać…

– Czad! – mężczyźni pokiwali z szacunkiem głowami i unosząc szklanki wznieśli toast.

– A ona nie miała nic przeciwko temu, żebyś tak sam teraz wyjeżdżał? – zagaił delikatnie Rafał.

– E… No… Na początku to miała… – przyznał niechętnie Dariusz. – Ale po dwóch dniach obrazy poszła po rozum do głowy i zadzwoniła po matkę. Teściowa przyjedzie, to jej pomoże. Zresztą, gdyby nie święta to i tak by mnie cały czas w domu nie było… A tak to przynajmniej się wyśpię i trochę słońca użyję. No i wrócę akurat jak młody będzie kończył pierwszy miesiąc… Powiem wam, chłopaki, że syn to jednak świetna sprawa! Już się doczekać nie mogę, żeby z nim w piłę pograć!

– Wypijmy!

– Tak jest! Wypijmy! Za Krzysia! Żeby się zdrowo chował!

 
Zanim koledzy spełnili toast przepełzłam dyskretnie w stronę baru i wciskając się pomiędzy szamoczących się z whisky kolegów a rachityczne koleżanki o obrzmiałych ustach poprosiłam o wino. Obserwując lądujący w kieliszku słomkowy strumień pinot grigio łowiłam prawym uchem dochodzące z boku przyciszone szepty zagłodzonych kobiet próbując wyłuskać z ich delikatnego szmeru dające szansę na zagajenie zdanie.
 

– …niebywałe!

– Nie miałam pojęcia!

– Ani ja!

– Bo to prawdziwy skandal! – ryknęła w końcu głośniej Sławna Pani Redaktor. – Przy najbliższej okazji zamierzam to poruszyć w rozmowie z Rostowskim! – uderzyła otwartą dłonią w bar.

 
Zachęcona tematyką rozmowy przysunęłam się bliżej i nachylając lekko spytałam:
 

– A co się stało?

– Jak to co?! To ty nie wiesz?! Przecież jesteś si-ef-oł! – Pani Redaktor sprawiała wrażenie mocno rozochoconej wodą z Fiji. – Podnoszą VAT!

– A tak, tak… – mruknęłam i zniechęcona myślą o kolejnej dyskusji o wzroście stawki na prasę zaczęłam wycofywać się lekko.

– Przez nich żadna z nas nie będzie mieć świąt! – wibrujący głos osadził mnie w miejscu.

– Jak to?! – zamrugałam ze zdumienia. – A co się stało?!

– Wprowadzają… dwadzieścia trzy procent… VATu… – Sławna Pani Redaktor zachłystywała się gniewem lecz jej twarz nie zdradzała najmniejszej emocji – na medycynę estetyczną! Dwadzieścia trzy! Dwadzieścia trzy! Tak z dnia na dzień! Ledwo mi się udało dorwać mojego plastyka! Ostatni wolny termin miał w wigilię rano! A ja już rodzicom obiecałam, że przyjadę! I co ja mam teraz mamusi powiedzieć?!

 
Otaczające ją piękności spoglądały po sobie w popłochu i głaszcząc bez przekonania po plecach mruczały słowa pocieszenia. Siedząca najbliżej mnie łania trzęsącymi dłońmi przeszukiwała torebkę w poszukiwaniu komórki i znalazłszy w końcu najnowszy model iPhona krzyknęła:
 

– Przestań histeryzować! Ty przynajmniej masz termin!

 
Dyszkant załamał się i runął na podłogę a ona, oderwawszy kościsty pośladek od stołka ruszyła w stronę wyjścia, by z zacisza damskiej toalety rozpocząć zmasowany atak na wszystkich znanych Warszawie chirurgów.

 
Odtrącona jej zniecierpliwionym łokciem zatoczyłam się lekko i wychlapując wino na podłogę wylądowałam w obszernych ramionach nieznajomego mężczyzny. Przytrzymał mnie mocno i wykorzystując moment niespodziewanej intymności na pobieżną penetrację talii i biodra postawił na nogi.
 

– Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! – zagaił radośnie. – Chyba nie bawisz się najlepiej?

 
Przyglądałam mu się przez moment w skupieniu usiłując zgadnąć, kim może być, pamięć nie podpowiadała jednak żadnych scenariuszy.
 

– Dla mnie osobiście święta to trudny okres – ciągnął życzliwie. – Spędzam je tylko z rodzicami, co w moim wieku raczej nie nastraja optymistycznie – zaśmiał się lekko i dostrzegając moją konsternację dodał: – Rozwiodłem się dwa lata temu… Nie wiedziałaś?

 
Potrząsnęłam przecząco głową i wdzięczna za chwilę normalnej rozmowy uśmiechnęłam lekko.
 

– Kiedyś Boże Narodzenie było dla mnie prawdziwym przeżyciem – ciągnął. – Magia świąt, niezwykłe spirytualistycznie doznanie Boga, który wkracza w świat materialny pod postacią niewinnego dziecka i oddaje się w ręce ludziom. Czy to nie wspaniała koncepcja? Apoteoza ufności. I do tego tradycja pustego nakrycia. Pozostawianego dla tych, którzy tak jak on nie mogli znaleźć miejsca w gospodzie… – nieznajomy rozwijał ewangelizacyjne skrzydła. – Boże Narodzenie wciąż jest dla mnie chwilą dawania. Dzielenia się sobą ze światem. Nawet z obcymi. Prezenty to tylko materialny przejaw tej niezwykłej ofiary. Ale przecież nie najważniejszy…

 
Zawiesił głos i zaglądając mi głębiej w oczy przysunął bliżej.
 

– Niestety, ja nie mam już szans na szczęście wieczne – westchnął mi prosto w ucho. – Przez rozwód… Jestem poza kościołem…

 
Odsunął się na moment i badając mnie wzrokiem uśmiechał przez chwilę. I gdy już miałam rozpocząć przepełnioną żarem przemowę o miłosiernym Ojcu, łasce nawrócenia oraz zapowiadanym przez rodzące się w Betlejem Dziecię cudzie wiekuistego zbawienia, położył dłoń na moim pośladku i przyciskając się do moich bioder szepnął:
 

– Wciąż jednak liczę na szczęście doczesne…

 
Spojrzałam w dół i odetchnęłam z ulgą: pan nie był obnażony.

 
 

Reklamy