Na trzeźwo o sztuce

 
…czyli fragment wywiadu przeprowadzonego przez Anię Kamińską z Touch of Art:

 
Ania Kamińska: Czy Stolica lubi sztukę?

Ania Zacharzewska: (…) Czy Warszawa lubi sztukę? Myślę, że generalnie wciąż jeszcze mało ją ona obchodzi. Powodów i dowodów są na to tysiące.

 
A.K .: Możesz podać kilka?

A.Z. : Sztuka co do zasady jest zabawą elitarną. Wymaga przygotowania, czasu i pieniędzy. Wystarczy, że braknie jednego z tych trzech elementów a jej odbiór staje się może nie niemożliwy, ale z pewnością trudny. Myślę, że polskie realia nie odbiegają w tym zakresie od standardów światowych; wystarczy poczytać Bourdieu, by przekonać się, że nie jesteśmy odosobnieni. Z pewnością natomiast polska otwartość na awangardę odbiega od średniej europejskiej, co dla mnie osobiście jest dość dotkliwe.

 
A.K. : Jak to jest z tą elitarnością sztuki? Piotr Bazylko i Krzysztof Masiewicz w „Poradniku kolekcjonera sztuki najnowszej” opisują swoje pierwsze doświadczenia z kupowaniem dzieł sztuki. Piszą o tym, jak byli onieśmielani przez marszandów i właścicieli galerii, ich nieco wyniosłym sposobem bycia, zawiłym językiem. Wiem, że podobne odczucia ma wielu początkujących amatorów sztuki. Czy to swoiste „wyniesienie sztuki na piedestał” nie dzieje się przypadkiem wbrew woli jej twórców? Czy ‘nieokiełznana energia ulicy’, jak to trafnie nazwałaś, nie zmienia się w sztukę niedostępną, zdystansowaną, i w pewnym sensie elitarną w chwili, w której przekracza próg galerii? Czy to nie przestrzeń galerii – a nie sama sztuka – onieśmiela odbiorcę?

A.Z. : Myślę, że dotykamy tutaj kilku mechanizmów rynku sztuki. Przede wszystkim należy pamiętać, że jest to rynek produktów luksusowych, których marketing wymaga zarówno stosowania odpowiednio wysokich cen – mających podkreślać unikatowy charakter produktu – jak i budowania aury ekskluzywności w samym procesie sprzedaży. Tego oczekuje klient i to – zazwyczaj – stara się zaoferować marszand. Odczuwane przez początkującego kolekcjonera onieśmielenie nie odbiega w tym wypadku od tego, jakie towarzyszy wchodzącym po raz pierwszy do butiku Louis Vuittona czy salonu Ferrari. Klient musi natomiast pamiętać, że odgrywany przez marszanda spektakl nie ma na celu zniechęcenie nabywcy, ale zaspokojenie jego ego. W efekcie wszyscy bowiem wygrywają; artysta i galeria – wystawiając prace po wyższych cenach, kolekcjoner – uzyskując przeświadczenie o niezwykłości dokonanego zakupu. Wszystko to dotyczy oczywiście klasycznie rozumianego rynku sztuki – opierającego się na sprzedaży aukcyjnej i galeryjnej. Rozwój galerii internetowych oraz pojawiające się coraz liczniej autorskie strony www artystów doprowadzają do coraz większej demokratyzacji sztuki i – w pewnym sensie – odzierają ją z sakralności. Z jednej strony jest to oczywiście proces pozytywny, z drugiej – przyjemniej  wydaje się pieniądze w salonie Mercedesa niż na giełdzie samochodowej we Włoszczowej.

Jeśli natomiast chodzi o powołany przez Ciebie „Przewodnik kolekcjonera…” to osobiście uważam, że jest on znacznie bardziej szkodliwy niż największe zadęcie galerzystów.

 
A.K. : Szkodliwy? Dla kogo – i dlaczego?

A.Z. : Przede wszystkim „Przewodnik…” nie wychodzi poza ulubione przez kuratorów i marszandów nazwiska. Przewodnikowa top lista jest de facto zbiorem tych artystów, których reprezentują wypowiadający się na łamach książki galerzyści i których kuratorzy zdecydowali się pokazać na organizowanych przez siebie wystawach. W efekcie obiektywizm publikacji kuleje, a czytelnik może dojść do przekonania, że jeśli ma w swej kolekcji coś spoza tego „jedynie słusznego” worka, to wykazał się totalnym brakiem dobrego smaku i inwestycyjnego wyczucia. Tymczasem na liście znajdują się artyści, których prace albo zwyczajnie nie nadają się do prywatnych kolekcji – jak choćby twórcy prac wideo czy performerzy – albo zdążyły się już, w sensie artystycznym, przeżyć – np. przedstawiciele sztuki krytycznej.

Gdyby autorzy nie nazwali swojej publikacji „Przewodnikiem kolekcjonera…” ale „Subiektywnym przeglądem sztuki najnowszej”, jej odbiór byłby zupełnie inny. Stało się jednak inaczej i poszkodowani są wszyscy – od samych autorów, których posądzać można o brak zrozumienia co do tego, jak buduje się kolekcje prywatne, przez czytelników aż po samych artystów. Zwłaszcza tych pominiętych…

 
A.K .: A od czego zaczęła się Twoja przygoda z kolekcjonowaniem? Opowiesz o swojej kolekcji?

A.Z. : Szczerze mówiąc zaczęła się od przeprowadzki. Porozwodowy dom został sprzedany a w nowym wszystko musiało być… nowe [śmiech]. To co na ścianach również. Zresztą, to co pasowało w poprzednim wnętrzu tu okazało się nie tylko „zużyte moralnie”, ale przede wszystkim za małe. W tym najbardziej dosłownym znaczeniu. Wielkie przestrzenie wymagały wielkich formatów a corbusierowski styl domu zachęcał do pójścia w kierunku wyrazistej estetyki typowej dla młodych twórców. Zabawne było to, że najpierw ściany zapełniać zaczęły kobiety. Potem przyszła refleksja i powoli zaczęli pojawiać się mężczyźni. Zawsze palący papierosy [śmiech].

Zapewne mocno rozczaruje Cię moja odpowiedź, ale nigdy nie wybrałam obrazu ze względu na pozycjonowanie artysty w jedynie słusznym „Przewodniku…”. Jedynym wyznacznikiem był mój własny gust i pozytywna odpowiedź na pytanie, czy na pewno będę chciała patrzeć na jakieś płótno dłużej niż jeden dzień. Czy nie zmęczy mnie ono, gdy zostanie już lokatorem. Czy nie będzie generować niepokoju i zaburzać estetyki wnętrza. I chyba były to dobre kryteria, bo jak dotąd żaden z obrazów nie trafił na strych… [śmiech]

 
A.K. : Czy – jako osoba aktywnie zanurzająca się w świecie sztuki współczesnej – zauważasz nowe trendy na polskim rynku?

A.Z .: Szczerze mówiąc nie odważyłabym się dokonywać jakichkolwiek podziałów. Trendy mają zresztą to do siebie, że najwyraźniejsze są w swojej fazie schyłkowej. Jedyne, co z pewnością można powiedzieć, to że polska sztuka stopniowo dogania światową. Przeszła już fazę zainteresowania brzydotą, jako niewykorzystanym wcześniej obszarem inspiracji, i powoli dorasta do skrajnego konceptualizmu. Widać to wyraźnie w pracach najmodniejszych polskich twórców; warsztat i unikalny charakter dzieła mają coraz mniejsze znaczenie. Istotny jest pomysł. Niekoniecznie ładny czy innowacyjny. Ważne by zrealizowany po raz pierwszy.

 
A.K. : Czy masz swoich faworytów wśród twórców wystawiających w Touch of Art?

A.Z. : Oczywiście! Moim niekwestionowanym Numero Uno jest Krzysztof Musiał . Obecnie mam dwa jego obrazy: „Z papierosem” – stworzony na Biennale Sztuki Młodych „Rybie Oko” oraz „Papieros” z cyklu Fragmenty. Oba płótna są autoportretami Krzysztofa i na obu celebrowany jest magiczny moment pierwszego zaciągnięcia się papierosem. Błysk zapalniczki, pierwsze akordy smaku na języku, odchylenie głowy w oczekiwaniu aż dym dotrze w najskrytsze zakamarki płuc i uspokojenie wydechu. To oczywiście magia zrozumiała wyłącznie dla palaczy, ale tak się akurat składa, że dzielimy z Musiałem ten paskudny nałóg [śmiech]. Zresztą, drugi z obrazów powstał niejako pod moim wpływem. W okresie, gdy bardzo brakowało mi rzuconych właśnie papierosów i fantazjowanie o nich zajmowało większą część dnia, rozmawiałam z Krzysztofem o poetyce palenia. On palił a ja snułam wizje na jawie zajadając tęsknotę wszystkim, co znalazłam w lodówce [śmiech]. W efekcie powstał „Papieros”. Mój narzeczony kupił obraz od Krzysztofa zanim farba zdołała wyschnąć. Mam wrażenie, że wtedy po raz pierwszy zrozumiał, jakim wyrzeczeniem jest dla mnie odstawienie papierosów. I że w moim paleniu nie chodzi o wyłącznie o nikotynę…

Wracając jednak do Musiała; jest nie tylko znakomitym malarzem, ale przede wszystkim niezwykle błyskotliwym rozmówcą, o wielkiej wrażliwości i tak zwanym „sexy mind”. Jego obrazy są dla mnie jak książki Dostojewskiego. Łączą w sobie romantyzm z intelektem. Tęsknotę i idealizm z hedonizmem. Delikatność z brutalnością. Są po prostu znakomite.

 
A.K. : Czyli to właśnie Krzysztofa Musiała zabrałabyś ze sobą na „bezludną wyspę”?

A.Z. : No nie, bez przesady! Na bezludną wyspę zabrałabym narzeczonego! [śmiech]

 

 

Cały wywiad dostępny jest na stronie:

Reklamy