In vitro veritas

Z początkiem roku życie towarzyskie zamarło i przytłoczone zaokienną szarugą dogorywało powoli ograniczając swe podrygi do portali społecznościowych i służbowych spotkań. Zniechęcone brakiem gości warszawskie kawiarnie zakręciły kaloryfery, co przepędziło ostatnich, okutanych w kufajki klientów i sprawiło, że obsługa snuła się drętwo pomiędzy pustymi stolikami próbując ogrzać nieco w wymuszonym ruchu. Pokryte śniegową mazią ulice straszyły brudem i przywodziły na myśl kultowy przebój Kultu, a sine szyby biurowców przepuszczały coraz mniej światła sprawiając, że uwięzieni w openspace’ach szarzeli jak pozbawione słońca rośliny. Skamieniałe na chodnikach sterty śniegu pstrzyły psie gówienka, zielone plwociny przechodniów i wielobarwne womity styczniowych pijaczków. Niebo przygniatało stalą i niskim ciśnieniem, samochody traciły kolor i kształty pod równą warstwą pokrywającego je błota a tania konfekcja kulących się na przystankach studentek zwijała się na szwach pod wpływem wilgoci. Synoptycy nie zapowiadali ocieplenia, kaznodzieje nadejścia mesjasza a analitycy rynku wzrostu wynagrodzeń. Był styczeń. Hospicjum dla mózgu i dobrego samopoczucia.
 
Może to właśnie przez wilgotną aurę życiowej umieralni, całkowity brak rozrywek i towarzyskich alternatyw oraz idącą mu w sukurs ogólnopolską propagandę dzietności, niższa klasa średnia pogrążyła się w chocholim transie kopulacji prokreacyjnej. Ciąże, rozrody i połogi mnożyły się nie bacząc na śliskie chodniki, syberyjskie powietrze i spadek WIG20. Biodra i lędźwie drgały w nadziei na powstanie kolejnych zygot składając orgazm w ofierze owulacji. Będące dotąd postrachem testy ciążowe urastały do roli talizmanów, zdjęcia pulchnych trzydziestoletnich twarzy zmieniały się na facebooku w księżycowe krajobrazy pierwszego USG a biustonosze laktacyjne – po raz pierwszy w historii mody – wygrywały konkurencję na najseksowniejszą bielizną damską, nokautując bezwzględnie bardotki, push-up’y i balconette.

Wszystkie dziewczęta, którym w latach osiemdziesiątych rodzice odmówili plastikowych sandałków, dżinsów z importu i marynar z mankietem z podszewki – spychając je tym samym na margines szkolnej popularności – teraz łapały wiatr w żagle czując się wreszcie jak prawdziwe ikony mody i hollywoodzkie gwiazdy. Po raz pierwszy w życiu, bez większego wysiłku i całkiem free of charge mogły dorównać Angelinie Jolie, Victorii Beckham a odważniejsze nawet Demi Moore. Wystarczyło zapłodnienie, kilka eksponujących brzuch zdjęć i pełna uduchowionego spokoju twarz. Dobrze zarabiający mąż-dawca był miłym dodatkiem.
 
Wyczulony na zmieniające się potrzeby konsumentów rynek zareagował natychmiast. Specjalizujący się dotąd w ślubnych plenerach fotograficy ruszyli frontalnie na mnogie zastępy ciężarnych, przekonując je, że barokowa uroda sylwetek wymaga uwiecznienia a dłonie mężczyzn w naturalny sposób układają się w obejmujące rozdęte pępki serca. Tradycjonalistki fotografowały się w wypełnionych pluszowymi zabawkami i niemowlęcymi skarpetkami studiach, nonkonformistki wybierały plenery kolejowo-industrialne lub prężyły się na wyszczerbionych schodach, zaś kobiety prawdziwie dumne ze swojej puchliny obnażały ciała i ustawiając bokiem do szerokokątnych obiektywów kusiły wydętymi wdziękami. Artystycznie prześwietlone zdjęcia trafiały następnie na portale społecznościowe, gdzie wzbudzały histeryczny zachwyt innych ciężarnych i młodych matek, odklikujących z zapałem uniesione ku górze kciuki i zapewniających modelkę o niesłabnącej urodzie i błogosławieństwach macierzyństwa.

Kiedy formuła serca na brzuchu zaczęła się starzeć i przeciętny użytkownik facebooka nie był już w stanie odróżnić dziesiątków aspirujących do sławy pępków, do boju ruszyli sprzedawcy akcesoriów dziecięcych oferując gumowe żyrafy w okazyjnej cenie kilkuset złotych oraz srebrne medaliki z odciskiem linii papilarnych niemowlęcia. Dla matek wielodzietnych przewidziane były ustrojone przywieszkami bransoletki. Ładne i jakże praktyczne, zważywszy na nieograniczone możliwości doczepiania kolejnych odcisków palców.

Matki wielodzietne miały już zresztą na starcie istotną przewagę nad pierworódkami. Dzięki wcześniejszym inwestycjom w rodzinę wycinały teraz konkurencję w pień publikując symultanicznie zdjęcia brzuchów, niemowląt oraz dzieci w wieku przedszkolnym. I choć opłacane przez nie tantiemy starczyłyby zapewne na zatrudnienie dwóch pełnoetatowych opiekunek, to jednak reklama okazywała się dźwignią handlu a publikacja zdjęć widomym świadectwem idealnego macierzyństwa. I jeśli kiedykolwiek podążającym co rano do biur mężczyznom zakiełkowałaby w głowie wywrotowa koncepcja odesłania młodych matek do pracy, to otwierane przy kawie gratulacje od wspólnych znajomych skutecznie niwelowały wszelką frustrację i utwierdzały w przekonaniu, że misją kobiety winien pozostać rozród.
 
Styczeń nachylał się powoli żegnany głośnymi salwami dziecięcego beku i świergotliwym jazgotem wszechobecnych gratulacji, gdy Internetem wstrząsnął kolejny trend. Blogi ciążowe i noworodkowe mnożyły się bezpłciowo, embriony zyskiwały profile na twitterze i funpages na facebooku a mit miejski głosił, że Nasza Klasa przygotowuje launch Żłobka. Rozsyłane bezpośrednio do skrzynek pocztowych newslettery informowały o punktach w skali Apgar, aktualnym poziomie rozwarcia, prawidłowej laktacji oraz adresie domowym, na który odbiorcy winni zsyłać najmodniejsze w tym sezonie torty z pampersów. Listy darczyńców były następnie publikowane w sieci wraz z wdzięcznymi podziękowaniami dla cioć i wujków oraz hojną dozą milczącej niechęci dla tych, którzy nie okazali należytej szczodrości. W dobrym guście zaczęły być również rozsyłane masowo SMSy, informujące kontrahentów, partnerów biznesowych oraz kolegów i koleżanki z pracy o przebytym porodzie naturalnym oraz połogowym stanie matki. Szczęśliwi posiadacze telefonów innych niż iphone dołączali do wiadomości zwyczajowe w takich przypadkach zdjęcie łożyska.

 
Kiedy z nadejściem lutego zaczęłam powoli utwierdzać się we wniosku, że wieszczony na 2012 koniec cywilizacji przyspieszył swe nadejście, zaprzyjaźniona kancelaria przysłała zaproszenie na elegancki event promujący najnowsze dzieło prawniczej doktryny. Rozochocona wizją popijających wino dorosłych w dobrze skrojonych garniturach bez śladów niemowlęcej rzygowiny w klapie, wskoczyłam w samochód i łamiąc wszelkie przepisy ruchu drogowego dotarłam na miejsce w ułamku nanosekundy. Salę wypełniał dostojny zapach męskich wód toaletowych zmieszany z aromatem whiskey oraz lekkimi nutami podpalanego przez starszego wspólnika cygara. Atmosfera była podniosła, autorzy najnowszego Komentarza krążyli rozsiewając wokół aurę inteligencji i podjadając podsuwane przez kelnerów tartinki z kawiorem a nieliczne panie prezentowały gibkie, renesansowe talie. Wieczór zapowiadał się wybornie!

Stałam właśnie w eleganckim otoczeniu siwiejących adwokatów, gdy z głębi sali przydryfowała uczepiona męskiego ramienia mecenas Rusłańska i nie zważając na zdumioną minę prowadzącego ją towarzysza oraz otaczających mnie panów nachyliła się lekko i witając subtelnym skinieniem mruknęła:
 

– Jak życie małżeńskie, Aniu?

 
Uśmiechnęłam się wdzięcznie i przechwytując jej taksujące moją talię spojrzenie odmruczałam konfidencjonalnie:
 

– Wszystko bez zmian. Wciąż jest nas dwoje.

 
Jej twarz rozpromieniła ulga, policzki zapłonęły i porzucając gwałtownie ramię przyjaciela złapała mnie pod łokieć i pociągnęła w spokojny kąt sali.
 

– Słyszałaś, że mecenas Misiak znów spodziewa się dziecka? To będzie już szóste!

– Szóste? – uniosłam brwi w zdumieniu, choć rzeczywistość powinna mnie już była przygotować na podobne sensacje. – Zatrzymałam się na drugim…

– Mecenas nie korzysta z facebooka, więc miałaś prawo nie wiedzieć – zachichotała złośliwie. – Do tej pory dorobili się z Misiakową pięciu synów, więc cała kancelaria składa się na mszę wotywną, by teraz była córka. Inaczej gotowi są kontynuować, co – jak sama pojmujesz – byłoby wielkim ciosem dla reputacji firmy… Sześcioro dzieci jest już w wystarczająco złym guście… Postanowiliśmy zatem, że dochód z dzisiejszej sprzedaży przeznaczymy na mszę i nowennę do Świętego Judy Tadeusza. Patrona spraw trudnych i beznadziejnych… W imieniu wspólników pragnę zachęcić cię do nabycia Komentarza. Twój wkład będzie dla nas nieoceniony…

 
Przez chwilę przyglądałam się jej w milczeniu sądując napięcie policzków i linii ust w poszukiwaniu cienia uśmiechu. Mecenas Rusłańska zdawała się być jednak całkowicie poważna i oddana sprawie.
 

– Ale, Olu… – chrząknęłam bez przekonania. – Istnieją metody fizyczne i farmakologiczne, których skuteczność została potwierdzona w licznych badaniach klinicznych… Wotywy do Judy Tadeusza nie są – wybacz śmiałość – uznanym środkiem antykoncepcyjnym…

– Och! – Rusłańska złapała się za skroń z bolesnym grymasem. – Nie chciałam… mówić tego wprost… ale… – zniżyła głos do szeptu – Misiak jest praktykującym katolikiem. Medycyna jest w jego przypadku bezradna…

 
Skinęłam głową ze zrozumieniem i bez chwili zwłoki udałam w kierunku stołu, gdzie eleganckie hostessy sprzedawały Komentarz. Po rozmowie z Rusłańską impreza straciła swój urok i wymaszerowanie z pięcioma egzemplarzami wydawało się być stosowne. Jeden zresztą mogłam przecież oddać Marcie…

 
Kiedy dotarłam do domu Maciek krzątał się po kuchni w podejrzanie dobrym nastroju siekając chilli i podśpiewując główny motyw z Colargola. Przybita zmarnowanym wieczorem odniosłam się do jego repertuaru ze stosowną dozą podejrzliwości i nie tracąc czasu rozpoczęłam inwigilację:
 

– A co ty taki radosny? – soczysty jad z mego głosu doprawił krewetki i wypełnił kuchnię azjatyckim aromatem.

– A, nic, nic. Dzwoniłem do ojca…

– Iiii…?

– I jak zwykle kazał cię uściskać – uśmiechnął się niewinnie sprawiając, że moja podejrzliwość wtargnęła w górne rejestry.

– Coś jeszcze mówił?

– A tak, owszem. Pytał o twoje zdrowie… Jak noga i czy wciąż chodzisz na takich wysokich obcasach…

– Martwi się o moją nogę?!

– No, też… Ale powiedział… – Maciek zaczął krztusić się śmiechem. – Powiedział… Że szpilki źle wpływają na drogi rodne!

 
 
Pięć opasłych książek wysunęło mi się z dłoni i uderzyło z łoskotem o posadzkę wzbudzając czujki stłuczeniowe. Alarm był uzasadniony: pępowina zaczęła zaciskać się wokół szyi.

 

Reklamy