Kolagenowa rozkosz

Nastał sezon ogórkowy i w mediach zapadła cisza, której nie zdołał zapełnić ani ślub Liszowskiej ani najnowsze buty Dody. Panującego w eterze marazmu nie przełamały nawet rzucająca się ze sceny Lady Gaga i pozująca do zdjęć z gepardami Ania Świątczak. Były wakacje i żaden cud nie był wstanie ożywić kolorowych okładek. Dziennikarze i paparazzi snuli się w upale niechętni jakiejkolwiek aktywności, a rozleniwieni poszukiwacze niusów sięgali po odkrycia naukowców mogące choć w części wypełnić medialny eter. Poranne pasmo Eski Rock zamiast obrazoburczych wygłupów Wojewódzkiego wypełniały tandetne letnie szlagiery przerywane niekiedy informacjami o najnowszych eksperymentach specjalistów z Uniwersytetu w Nebrasce i wynikach badań europejskich antropologów. Rzeczpospolita donosiła, że poziom cholesterolu dziedziczymy po rodzicach, że w bemowskim ratuszu nakręcono właśnie teledysk o wspaniałym życiu dzielnicy oraz że w Tanzanii odkryto szczątki krokodyla z zębami psa. Tygodniki opinii cytowały Lancet Oncology strasząc, że zakażeni wirusem zapalenia wątroby typu B są obciążeni dwukrotnie wyższym ryzykiem zachorowania na chłoniaka nieziarniczego, a serwisy plotkarskie zapychały dziurę informacją o zbliżających się urodzinach Oli Szwed i odgrzewanym niusem o zarobkach Edzi Górniak.

Krzyż pod Pałacem i planowany wzrost VAT okazały się chwilowym wybawieniem, ale nawet one nie zdołały wypełnić sobą wszystkich stron dzienników. I gdy wydawało się już, że jesteśmy skazani na informacyjną ciszę, Rzeczpospolita zamieściła artykuł o zgubnym wpływie solarium na życie Polek, zapładniając umysły researcherów i kierując uwagę na nowe tory. Potworne opisy tworzących się na ciałach rodaczek bąbli i znamion oraz pełne przestróg wypowiedzi dermatologów odbiły się echem po stacjach radiowych, w których już następnego dnia nadano szczegółowe wyniki raportu o urodowych ambicjach pań. Jak donosiła moja ulubiona rozgłośnia Polki stawiały sobie najwyższe wymagania ze wszystkich europejskich kobiet, uznając za wymóg nie tylko okładkowy wygląd ale i awans zawodowy. Podparte naukowymi rozważaniami dane wskazywały jednoznacznie, że kariera tatuowanych twarzy, doklejanych rzęs i krzemowych implantów, które na Zachodzie święciły triumfy w latach dziewięćdziesiątych, by z czasem stać się synonimem tandety i złego smaku, dotarła właśnie do Polski i żadna, szanująca się kobieta znad Wisły nie może się bez nich obejść. Padały statystyki, ceny i oceny, żaden serwis nie zamieścił jednak wzmianki o tym, jak odrzucona przez wymagającą naczelną Victoria Beckham wypruła sobie silikonowe worki tylko po to, by móc zaistnieć na okładce Vogue’a. Zamiast tego pojawiły się grzmiące ostrzeżenia psychologów zachęcających do nieskrępowanej niczym brzydoty i duchowego piękna oraz uśmiechnięte twarze chirurgów zapewniających, że plastikowa uroda daje ich zmodyfikowanym klientkom poczucie szczęścia, spełnienia oraz pewności siebie – tak niezbędne dla kariery zawodowej i radosnego seksu.

 
Gdy następnego dnia dotarłam do biura, przy windzie czekała Sławna Pani Redaktor. Rozglądając się po recepcji w poszukiwaniu skupionych na sobie spojrzeń poprawiła na ramieniu torbę od Chloé i musnąwszy lekko wciąż tkwiące na twarzy ciemne okulary wmaszerowała do windy. Wyrównała nieskazitelnie wyprasowaną spódnicę od Armaniego i pobrzękując bulgarowską biżuterią odwróciła w moją stronę. Jak zawsze, gdy zdarzało nam się spotkać, kiwnęła na powitanie głową i zdejmując światowym gestem okulary przyjrzała mojej twarzy z miną podpatrzoną u ubierającej się u Prady Meryl Streep. Przesunęła spojrzeniem po sylwetce, zatrzymała na chwilę wzrok na torebce i butach, wyceniła zegarek i wracając na twarz skupiła na kolorze szminki. W końcu, usatysfakcjonowana wynikiem przeprowadzonej szybko kalkulacji, uśmiechnęła lekko i skinęła głową z aprobatą. Gdy winda zatrzymała się mruknęła coś niedosłyszalnego i ignorując pozostałych uczestników przejażdżki uścisnęła moje ramię na pożegnanie.

 
Nie minęła godzina, gdy na biurku zadźwięczał telefon a Asia zaanonsowała:
 

– Jest u nas Sławna Pani Redaktor. Pyta, czy znajdziesz dla niej czas… – zawiesiła głos w oczekiwaniu.

– Nie mówiła, czego chce? – zastanowiłam się głośno.

– Podobno ma jakąś ważną sprawę do omówienia…?

– W porządku, niech przyjdzie… – mruknęłam bez zachwytu, Pani Redaktor znana była bowiem nie tylko z wielkopańskich manier i drogich butów, ale również z ciętego języka, wysokich wymagań i wzbudzanego przez siebie strachu.

 
Gdy kilka minut później wtargnęła do gabinetu jej palec wskazujący powędrował w stronę moich ust i utkwił w nich w niecierpiącym sprzeciwu geście.
 

– Muszę poznać adres!

 
Spojrzałam na nią z uśmiechem i sięgnąwszy do torebki wyjęłam szminkę.
 

– Najnowsza linia Guerlain. Kolor… – zawiesiłam głos szukając podpowiedzi na opakowaniu.

– Nie! Nie! Nie! – Pani Redaktor zaczynała tracić cierpliwość. – Nie pytam o szminkę! Adres!

 
Spojrzałam na nią zdumiona i dotykając bezwiednie ust powtórzyłam:
 

– Adres…?

– Adres! Muszę wiedzieć, kto ci to zrobił! – zagrzmiała. – Rzadko mówię kobietom komplementy, ale to… – nachyliła się przez biurko przyglądając z bliska mojej twarzy – to jest warte każdych pieniędzy! Genialna robota! Absolutny majstersztyk! Ar-cy-dzie-ło!

 
Uśmiechnęłam się i oszołomiona rzadkim w jej ustach komplementem mruknęłam:
 

– Są naturalne…

 
Wyprostowała się gwałtownie porażona moim brakiem szacunku i mrużąc oczy syknęła:
 

– Wiesz dobrze, że zawsze dostaję to, czego chcę! Nie wykręcisz się… – uśmiechnęła się przymilnie starając złagodzić kategoryczność głosu.

– Poważnie mówię – zapewniłam ją czując jak ręce wilgotnieją mi ze strachu przed mającymi nastąpić torturami. – Natural beauty…

 
Przez kolejne kilka minut osaczała mnie krzyżowym ogniem pytań licząc, że zawodowe umiejętności i drobne szantaże wydobędą prawdę. W końcu, zniechęcona moją zatwardziałością, osunęła się na stojące po drugiej stronie biurka krzesło i mruknęła ugodowo:
 

– No dobrze… Rozumiem… Też bym nie ujawniła takiego nazwiska za darmo… Ten chirurg to skarb… W życiu nie widziałam tak znakomicie zrobionych ust… – westchnęła. – Ale możemy się przecież dogadać…?

 
Spojrzała na mnie pytająco i nachylając nad blatem zaczęła pokazywać kolejne fragmenty swojej twarzy:
 

– Makijaż permanentny. Linie na powiekach, niewidoczne dla laika, dają oszałamiający efekt głębokiego spojrzenia…

 
Przyjrzałam się z uwagą podsuniętym mi pod nos powiekom, ale jedyne, co zdołałam zauważyć, to wydziarane w wiotczejącej tkance ślady po ukłuciach i pomniejszające oko, przywodzące na myśl więzienne tatuaże kreski.
 

– Do tego delikatny obrys ust sprawiający, że wargi wydają się pełniejsze – wysunęła w moją stronę ułożoną w dziubek twarz. – Okolice oczu i czoło – odpowiednio kwas hialuronowy i botoks. Poprzez podniesienie skóry na kościach policzkowych udało się również zredukować bruzdy wokół ust – przejechała palcem po nakłuwanych miejscach. – Rzęsy zagęszczone i przedłużone – zatrzepotała powiekami na podobieństwo Myszki Minnie. – A teraz, uwaga! Ostatni nabytek…

 
Odsunęła się z krzesłem od stołu, zdjęła z nogi luksusową szpilkę od Louboutina i kładąc wypielęgnowaną stopę na biurku spojrzała na mnie triumfująco:
 

– Wspaniałe, prawda?!

 
Przez moment przyglądałam się jej nodze nie mogąc zgadnąć, czy prezentacja dotyczy znakomicie wykonanego pedikiuru, czy może czegoś, co dla mojego niewprawnego oka pozostawało w ukryciu. W końcu spojrzałam na nią pytająco czekając na wyjaśnienie.
 

– Kolagen w palcach i śródstopiu oraz okolicach kostki! – zawołała triumfująco. – Dzięki  temu stopa w sandałach wygląda olśniewająco! Kamera nie znosi niedoróbek… – dodała z satysfakcją i wsuwając nogę w czółenko dodała. – Adres za adres! Możesz wybrać. Makijaż permanentny? Botoks i kwas? Rzęsy? Kolagen w stopach?

 
Potrząsnęłam głową z uśmiechem:
 

– Nieeee… Dziękuję. Naprawdę… Efekt jest znakomity, ale…

 
Pani Redaktor poczerwieniała na twarzy i dysząc głośno wrzasnęła:
 

– Ujawniłam ci prawie wszystkie swoje tajemnice! Nie pogrywaj ze mną! Chcę namiar na autora twoich ust! Now!!!

 
Spojrzałam na nią jak na wariatkę i odwróciłam wzrok na dzwoniący telefon:
 

– Tak, słucham? – podniosłam słuchawkę.

– Wszystko w porządku? – Asia sprawiała wrażenie przerażonej. – Słychać ją na całym piętrze… Coś się stało?

– Rozumiem. Tak. Dziękuję. Zaraz idę. Poproś gości, żeby poczekali. My już kończymy.

 
Rozłączyłam połączenie i uśmiechając się z trudem rzuciłam przed siebie:
 

– Właśnie zaczynam spotkanie… Będę cię musiała przeprosić… – uniosłam się zza biurka sygnalizując koniec rozmowy.

 
Pani Redaktor zerwała się, złapała torebkę i wymaszerowała z gabinetu trzaskając drzwiami. Z korytarza dobiegł mnie jeszcze jej łamiący się wściekłością głos:
 

– Zdzira!

 
 
Kiedy wieczorem opowiadałam o wszystkim Maćkowi, zadzwonił telefon.
 

– Cześć, mamo. Co tam słychać? – zagaiłam starając się uprzedzić lawinę typowych matczynych pytań.

– Ach, u nas w porządku… – matka sprawiała wrażenie rozbawionej. – Dzwonię, bo właśnie wyszła ode mnie Krysia Wierzbowska… Pamiętasz ją, prawda?

– No tak, oczywiście… – Krysia była jedną z najbliższych koleżanek matki. Korpulentną panią pod sześćdziesiątkę o kręconych na lokówce, bakłażanowych włosach i niezwykłym darze wyszukiwania w sklepach z konfekcją radosnych garsonek w duże kwiatowe wzory.

– No więc, wyobraź sobie… – matka zachichotała, co zdarzało jej się niezwykle rzadko – …wyobraź sobie, że przyszła mi pokazać brwi…

 
Chichot w słuchawce wzmógł się a matka zaczęła gubić sylaby.
 

– Przetała wczoraj… w gzecie… o medycynie estetycznej i tym, jak noczesna kobieta ma dbać o siebie… – zachłystywała się śmiechem jak nastolatka.

– No, i… – jej rozbawienie zaczęło mi się udzielać.

– I wytatuowała sobie brwi! – wypaliła. – Wygląda… wygląda… – w ataku głupawki nie mogła wydobyć z siebie słowa. – Wygląda jak Marlena Dietrich!

 
Przez moment śmiała się pełnym głosem a w końcu, uspokojona kilkoma głębszymi oddechami jęknęła:
 

– Niestety, na tym podobieństwa się kończą…

– I co jej powiedziałaś?

– A co ja jej, dziecko, mogłam powiedzieć? Przecież już się stało… Nie chciałam jej psuć humoru…

– No, ale co jej powiedziałaś? – indagowałam dalej.

– No… – matka zastanowiła się przez moment. – Że to bardzo praktyczne… Bo jak ją znienacka złapie deszcz bez parasola, to jej brwi nie spłyną…

 
Matka znów zaczęła chichotać a w tle słychać było wtórujący jej rechot ojca.
 

– Następną emeryturę postanowiła wydać na obrys ust. Podobno widziała coś takiego u jakiejś dziennikarki telewizyjnej i jest zachwycona… No to tyle… Musiałam ci to opowiedzieć… Paaaa!

 
Matka rozłączyła się a ja opadłam na kanapę i spoglądając na przysłuchującego się rozmowie Maćka spytałam ze śmiechem:
 

– Może jednak trzeba było wziąć od niej adres tego tatuażysty? Udostępniałabym go starszym paniom za niewielką prowizję…

– A co w zamian?

– „They fucked me up, my mum and dad…” – puściłam do niego oko. – Ojciec się nie obrazi…

 
Następnego dnia kolagen trafił na łamy Newsweeka. W unikalnym wywiadzie doktor David Matlock uprzejmie wyjaśnił, że pompowane wargi już dawno wyszły z mody. Najnowszym hitem były zastrzyki prosto w punkt G.

 

 
W tekście wykorzystano parafrazowany fragment wiersza Philipa Larkina „This Be The Verse”.

 

Reklamy