W momencie zakontraktowania książki otworzyła się przede mną nowa, nieznana mi wcześniej rzeczywistość. I choć nie miałam jeszcze wtedy o tym pojęcia, podpisanie umowy było niczym królicza nora, która wciągnęła mnie w swoje bezkresne korytarze, porwała w nieznane i wyrzuciła w tajemniczej krainie czarów, gdzie nie działały prawa fizyki ani logika znana powszechnie pod nazwą zdrowego rozsądku…

Mama Jaga

Pani Jadzia ma lat 38 i pracuje w reklamie. Nie to, żeby fakt ten miał jakieś doniosłe znaczenie. Ot, po prostu, w czasach, gdy zdawała maturę prawie wszyscy w jej klasie szli na marketing i zarządzanie. Jadzia też nie miała wtedy lepszego pomysłu, a że zawsze wiedziała, że jest nad wyraz śliczna i przebojowa, kierunek ten wydawał się idealny.

Kiedy wchodziła po raz pierwszy w mury uczelni wiedziała jedno: błyszczące okładki magazynów luksusowych i dynamiczne spoty Ex’clamat¡on stawały przed nią otworem. Teraz to ona mogła odrywać obcasy pod wpływem miętówek i to ją mężczyźni pragnęli zasypywać na ulicy kwiatami pod wpływem Impulsu. Przyszłość jawiła się atrakcyjnie, kolorowo, zasobnie i syto. A Jadzia? Jadzia była na to gotowa…

Prawdziwe kobiety dzielą się na te, które uwielbiają brylanty, i te, które jeszcze o tym nie wiedzą.

Jeśli o mnie chodzi, to wiedzę tę pozyskałam niestety dość późno, za co hołd muszę oddać niezwykłej przenikliwości mojej Pierwszej Teściowej. To ona, jako pierwsza, zdiagnozowała u mnie karczemną podatność do uwielbiania przedmiotów pięknych i – jak na doskonałą matkę przystało – ostrzegła mego – wówczas jeszcze przyszłego – Pierwszego Męża, przed tym potwornym defektem…

Nigdy nie przepadałam za brytyjską rodziną królewską uznając ją za wyjątkowo mało estetyczną i zdradzającą wyraźne oznaki magnackiej aberracji. Przedziwne kreacje i potworniejsze jeszcze uśmiechy królowej przyprawiały mnie o drżenie, wątpliwa uroda księcia Karola skłaniała ku opinii, że dla świata rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby został tamponem Camilli a rozpaczliwe miny i rzewne wyznania płaczliwej Diany przyprawiały o torsje. Kolejny po Karolu pretendent do tronu – łysiejący przedwcześnie Bill – zdawał się kumulować w sobie mydłkowatą bezbarwność matki i lekką ociężałość umysłową ojca lecz – niestety – nie ich seksualny temperament…

Celebracja kolejnych urodzin odbiła się kilkudniową, bolesną czkawką galopującego Weltschmerzu i zaowocowała frustrującym przekonaniem, że zmieniam się powoli w nawóz historii. Bez szans na patent, Nobla ani Oscara. Wizje przyszłych zaszczytów stawały się coraz mętniejsze, obietnice awansów – rozmyte nierealnością, a szanse na zbitą naprędce fortunę – naiwne jak rojenia dziecka. Pogrążałam się powoli w spokojnym, wyzutym z aspiracji pogodzeniu z losem, dorastając do momentu, gdy jedynym celem stanie się życie jako takie…

Okres przedświąteczny upływał w pełnym adwentowego oczekiwania skupieniu i szerzącej się miłości bliźniego. Zainspirowani ewangelicznym przesłaniem mszy roratnych katolicy wznosili serca ku nadciągającej z niebios rosie i wypatrywali Sprawiedliwego w nadziei, że nowonarodzone Dziecię obdarzy ich ośmioma błogosławieństwami i wszelką pomyślnością, a oczyszczone jego dobrocią ziemskie niwy popłyną nagle mlekiem, miodem i krupnikiem…

Zgodnie z przepowiednią Marty telefon od Turka otworzył jesienną puszkę Pandory a nas zalewać zaczęły liczne wiadomości od dawno niewidzianych ‘narzeczonych’. Pozdrowienia, zaproszenia na kawę i pytania o jakość samopoczucia z dnia na dzień stawały się coraz bardziej rzęsiste aż w końcu przebiły skalą wrześniową falę opadów podtapiając nasze aktualne związki i sprawiając, że z trudem łapałyśmy oddech nad burzliwą taflą wody…