Wraz z nadejściem przedwiośnia i krystalicznym błękitem nieba nad Warszawą moje myśli odpłynęły w stronę ciepłych majowych wieczorów, złocących się na trawnikach mleczy i powiewnych sukienek w grochy, w których z wdziękiem Grace Kelly mknęłam kabrioletem ku zachodowi, roztaczając wokół oszałamiającą aurę kobiecości. Skryty pod przymkniętymi powiekami obraz pulsował rozgrzanym na skórze zapachem perfum, popołudniowym słońcem Riwiery i rozbuchanym erotyzmem dostępnym wyłącznie trzydziestolatkom. Całości dopełniała różowo-złota poświata włoskiego powietrza i rozkoszna świadomość stojących otworem bram świata, za którymi niecierpliwiło się już czekające na mnie szczęście…

Okres przedświąteczny upływał w pełnym adwentowego oczekiwania skupieniu i szerzącej się miłości bliźniego. Zainspirowani ewangelicznym przesłaniem mszy roratnych katolicy wznosili serca ku nadciągającej z niebios rosie i wypatrywali Sprawiedliwego w nadziei, że nowonarodzone Dziecię obdarzy ich ośmioma błogosławieństwami i wszelką pomyślnością, a oczyszczone jego dobrocią ziemskie niwy popłyną nagle mlekiem, miodem i krupnikiem…

Zgodnie z przepowiednią Marty telefon od Turka otworzył jesienną puszkę Pandory a nas zalewać zaczęły liczne wiadomości od dawno niewidzianych ‘narzeczonych’. Pozdrowienia, zaproszenia na kawę i pytania o jakość samopoczucia z dnia na dzień stawały się coraz bardziej rzęsiste aż w końcu przebiły skalą wrześniową falę opadów podtapiając nasze aktualne związki i sprawiając, że z trudem łapałyśmy oddech nad burzliwą taflą wody…

Złożona mi przez Grażynę wizyta – o kryminalnej propozycji nie wspominając – wprawiła mnie w długotrwały stan umysłowej katatonii. Moje myśli kłębiły się niczym gęste opary czadu w dworcowej budce z kebabem a ambiwalencja uczuć przerastała wszystko, co było mi dane dotąd przeżyć dzięki uprzejmej socjopatii rozlicznych „eksmężów”…

Agnieszkę i Tomka znałam od lat i przez cały ten czas starałam trzymać w ukryciu przed pozostałymi znajomymi, by uniknąć niezręcznych pytań, indagacji i przesłuchań na okoliczność naszej przyjaźni. Gdy tylko zdarzyło mi się bowiem zaprosić ich na organizowane w domu przyjęcie, czy nawet zwykłą kolację w szerszym gronie, natychmiast stawali się obiektem powszechnego zainteresowania a – po wyjściu – licznych obmów i komentarzy. I choć z początku sądziłam, że otaczający mnie single zieją zwykłą zazdrością na widok trwającej w związku pary, to z czasem, gdy wszyscy wokół zaczęli powoli normalizować swój stan cywilny i nie mogli być już podejrzewani o bezinteresowną zawiść, jasnym stało się, że z Gwiazdami rzeczywiście coś jest nie tak…

Nastał sezon ogórkowy i w mediach zapadła cisza, której nie zdołał zapełnić ani ślub Liszowskiej ani najnowsze buty Dody. Panującego w eterze marazmu nie przełamały nawet rzucająca się ze sceny Lady Gaga i pozująca do zdjęć z gepardami Ania Świątczak. Były wakacje i żaden cud nie był wstanie ożywić kolorowych okładek. Dziennikarze i paparazzi snuli się w upale niechętni jakiejkolwiek aktywności, a rozleniwieni poszukiwacze niusów sięgali po odkrycia naukowców mogące choć w części wypełnić medialny eter…

Nigdy nie byłam przesadną fanatyczką aktywności fizycznej i sportu uznając pocenie za czynność wysoce nieestetyczną i w pewnym sensie niestosowną. Osobniki zziajane, pokryte lepką warstwą cuchnącej substancji, o posklejanych wysiłkiem włosach i rozszerzonych porach odstręczały mnie swoją nachalną fizycznością i przyprawiały o mdłości. I o ile mogłam usprawiedliwić taki stan rzeczy ciężką pracą, o tyle dobrowolne wyduszanie z siebie potu wydawało mi się całkowicie pozbawione sensu i estetycznej sublimacji…