Powszechne prawo ciążenia

Kiedy po wielu miesiącach  martwej ciszy Dyrektor Wielicki zaproponował spotkanie, od razu wiedziałam, że szykuje się awantura. Od czasu, gdy okazałam się być całkowicie bezużyteczna w pozyskiwaniu prywatnych telefonów gwiazd światowej estrady, Dyrektor boczył się nieco, a fakt, że nie zadzwonił z corocznym seksualnym kwestionariuszem utwierdził mnie jedynie w lęku, że nasza wieloletnia przyjaźń mogła nie przetrwać próby, na jaką wystawiła ją niefortunna wróżba przewrotnej tarocistki. Na spotkanie biegłam więc nie tylko w satysfakcjonującym wysublimowany gust Wielickiego stroju ale i podszytym strachem płaszczu, rozważając jakiego rodzaju sprawa skłoniła Dyrektora do poświęcenia mi jednej z nielicznych wolnych chwil w jego puchnącym atrakcjami kalendarzu. Tym większe było zatem moje zdumienie, gdy na mój widok Wielicki zerwał się z krzesełka i z właściwą sobie wylewnością powitał pełnym emfazy machaniem oraz afektowanym zestawem uścisków. Wciąż niepewna swojego szczęścia usiadłam skromnie na skraju kawiarnianej kozetki i nadstawiwszy drugi policzek oczekiwałam karnie na cios. Dyrektor nie sprawiał jednak wrażenia obrażonego a jego szlachetne oblicze przepełniała ojcowska troska i pełne wątpliwości wahanie, które w połączeniu z czułym gestem, jakim poklepał mnie po wciąż roztrzęsionej dłoni, sprawiło, że oblała mnie kolejna fala zimnego potu a umysł zgubił się w krętym labiryncie domysłów.

Pierwsze minuty spotkania upływały nam w pełnej napięcia ciszy, którą przerywało wyłącznie niestosownie beztroskie krzątanie sprzątającego stolik kelnera. W końcu, kiedy gotowa już byłam wyrzucić z siebie rzężącą ostatnim tchnieniem prośbę o defibrylator, Dyrektor nachylił się i dobierając ostrożnie słowa wymruczał:
 

– Dyrektorowo kochana, doszły mnie ostatnio niezmiernie niepokojące plotki na twój temat…

 
Wielicki zawiesił głos i przyglądając mi badawczo pociągnął długi łyk wody.
 

– Rozumiem, że nie potwierdzasz tych podłych, nieszczęsnych wprost kalumnii, jakimi obrzuca cię całe miasto?! Ach! Co za ulga! – Dyrektor wyrzucił ramiona w górę i spojrzał z wdzięcznością na siedzącego gdzieś ponad sufitem Jahwe. – Tak się martwiłem!

 
Nie mając pojęcia, czego sprawa dotyczy, uśmiechnęłam się lekko i nabrawszy powietrza w płuca odważyłam zagaić:
 

– Ale o co chodzi, Janeczku kochany…?

– Ach! Dyrektorowo! Larwo ty moja najdroższa! Nic nie wiesz?! Jezusie Nazaretański, Królu Żydowski! Toż to zgroza, co o tobie opowiadają! Spać trzy dni nie mogłem, gdy do mnie dotarło! Ach! Co ja przeżyłem przez te podłe ludzkie języki! I jeszcze mnie pytali, czy coś mi wiadomo, a ja nic! Nic nie wiem! Noż kurwa, sama rozumiesz, że trwoga mnie ogarnęła, bo jak to być może, żebym JA nic nie wiedział! Noż, myślę sobie, nic tylko świat się kończy!

 
Dyrektor uśmiechnął się z ulgą i rozłożywszy swoje chude członki w elegancko niechlujnej pozie zapalił papierosa.
 

– No ale widzę, że mój system informacyjny wciąż działa prawidłowo! Co za radość, Dyrektorowo kochana! Co za ulga niezmierna! Ach! Nie wyobrażasz sobie nawet, co te podłe języki nie wymyślą! Dowiedziałem się ja ostatnio od zaprzyjaźnionego fryzjera, że… Że… Noż kurwa! Przez gardło mi to teraz przejść nie może!

 
Dyrektor zaciągnął się teatralnie a ja – wiedząc dokładnie, że przyspieszanie momentu, w którym wyjawi swą mroczną tajemnicę z założenia skazane jest na porażkę – siedziałam cichutko obserwując rosnącą rozkosz, jaką odczuwa dręcząc mnie odsuwanym w czasie odkryciem. W końcu, rozczarowany nieco faktem, iż nie nalegam na ujawnienie sekretu, wyprostował się nieco i nachylając konfidencjonalnie w moją stronę mruknął obserwując czujnie wywołaną na mej twarzy reakcję:
 

– Noż kurwa, nie uwierzysz, ale na mieście mówią, że… planujesz replikację genów!

 
Dyrektor zaniósł się histerycznym śmiechem i wciąż nie spuszczając ze mnie wzroku dodał:
 

– Że zamierzasz być polską Sarą Jessicą Parker! Czy to nie pyszne?!

 
Przez moment trwaliśmy w ciszy a Wielicki obserwował z uwagą toczącą się na mojej twarzy bitwę emocji.
 

– Sarą Jessicą Parker? – sapnęłam w końcu ze zgrozą, przypominając sobie potworność drugiej części kinowego Sex and the City i rozważając w duchu moment, w którym zaczęłam przeobrażać się w posuniętą w latach kretynkę. – TĄ Sarą Jessicą Parker?

– Ależ tak, dyrektorowo kochana! Tą właśnie! – Wielicki uśmiechnął się triumfująco zadowolony z wywołanego efektu. – Mówią, że postanowiłaś wynająć brzuch, zaszczepić embriony i zostać matką bliźniąt płci męskiej! A wszystko to tylko dlatego, by nie niszczyć sobie figury, nie porzucać kariery i nie narażać cycków na rozrost! Dasz wiarę?! Miasto aż huczy od plotek! Zaufany fryzjer doniósł mi nawet, że rozpoczęłaś już casting na surogatkę! Ma być podobno skromna, spokojna i pozbawiona nałogów…

 
Dyrektor chichotał przez moment jak dziecko ja tymczasem przyglądałam się mu z rosnącym zainteresowaniem przyznając w duchu, że roztaczana przede mną wizja gibkiej talii i jędrnych piersi ma w sobie kuszący urok perwersji.
 

– Czy mówią coś jeszcze…? – spytałam delikatnie nie chcąc płoszyć dyrektorskiej jowialności i uzyskać dodatkowe informacje na ten jakże zajmujący mnie temat.

– Ach! Nic więcej… Tyle tylko, że wszystko to wzięło się z twojej chorobliwej ciągoty do włoskiej rozmiarówki i wrodzonej awersji do poświęceń.

 
Dyrektor przeciągnął się lekko i delektując kolejnym papierosem zamruczał:
 

– Z niechęcią przyznaję, że nawet mi to wszystko do ciebie pasowało. Bo jakoś nie widzę cię, dyrektorowo, z cyckami do pasa i ośmiomiesięcznym brzuszyskiem. – Wielicki zarechotał sardonicznie. – Postanowiłem jednakże dokonać interwencji i powstrzymać cię od tego pochopnego kroku – na wypadek, gdybyś go rozważała…

– Ale dlaczego, Dyrektorze najsłodszy?! – jęknęłam z rozczarowaniem. – Przecież ta myśl jest przednia! Znakomita, genialna, pyszna i zacna! Przecież to byłaby kwintesencja mojego egotyzmu! Żywa afirmacja luksusu! Niezakłócona niczym rozkosz bezbolesnego macierzyństwa! Pociągająca jak narkotyk i uwodzicielska jak siedemnastoletnia lolita…!

– Noż kurwa! Dyrektorowo! Tym bardziej zatem nie wolno ci tego zrobić! Absolutnie ci, kurwa, zabraniam! Musisz ich wszystkich zaskoczyć! Musisz przełamać swój własny stereotyp! Musisz… Noż kurwa… Musisz urodzić siłami natury!

 
Przez moment czułam jak uchodzi ze mnie powietrze. Jak nadzieja – oferowana tak szczodrze przez Wielickiego – ulatnia się i rozpływa w powietrzu ustępując miejsca pierwszym skurczom porodu i pozostawia mnie na kawiarnianej kanapie na kształt porzuconego przez Boga ludzkiego wraku.  I gdy już gotowa byłam otworzyć sobie żyły na sposób rzymski, Dyrektor ukokosił się wygodniej i poklepawszy krzepiąco po ręce zagaił:
 

– Nie przejmuj się tak. Nie zdecydowałem się przecież na tą interwencję bez ważnego powodu… Dyrektorowo kochana… No, już, już… Wszystko będzie dobrze… Zaraz ci wszystko wytłumaczę… Ty musisz, po prostu MUSISZ zajść w ciążę!

 
Wielicki łyknął kolejną dawkę dymu, przepił mineralną i nachylając się bliżej wyszeptał:
 

– Jak sama dobrze wiesz w połowie marca obdzwaniam zawsze wszystkie koleżanki celem ustalenia ich statusu erotycznego…

– No właśnie! – parsknęłam z rozżaleniem. – Ale do mnie w tym roku nie zadzwoniłeś!

– Noż kurwa! – Dyrektor walnął otwartą dłonią o udo. – Dyrektorowo! Po kiego chuja miałem do ciebie dzwonić?! Przecież ty, kurważ jego mać, postanowiłaś zostać mężatką!

– I co z tego?!

– Jak to, kurwa, co?! Jak: co?! Toż kurwa wiadomo, że mężatki się nie pierdolą! Miałem cię we frustrację wpędzać?! Co ty myślisz?! Że ja, kurwa, taki niedelikatny jestem?! Że nie wiem, że po ślubie w sypialni jest jak na Gobi?! No co?! Co tak durnowato brwi podnosisz?! Mnie, kurwa, nie zmylisz! Już ja swoje po tych latach wiem! Żadna! Żadna, kurwa, żadna nie chce się po ślubie pierdolić! A żeby jeszcze coś ciekawego w wyrze zrobić?! No fucking chance!

 
Dyrektor zaniósł się dzikim śmiechem i łapiąc za brzuch dopytał:
 

– Słyszałaś?! Słyszałaś ja mi się to pysznie udało? No fucking chance!

– Bardzo pysznie – parsknęłam zirytowana myślą, że ktoś może mnie podejrzewać o nagły zanik libido. – Tylko jak twoim zdaniem udaje im się mnożyć? Hę?

 
Dyrektor spojrzał na mnie z pełną niedowierzania wyższością i modulując głos jak tłumacząca coś tępemu dziecku matka wyjaśnił:
 

– Moja droga… Do posiadania dzieci nie jest konieczne pierdolenie tylko współżycie. Współ-ży-cie! Powolne, misjonarskie i celowo prokreacyjne STARANIE O DZIECKO.

 
Wielicki uśmiechnął się złośliwie i przyglądając przez moment mojej zafrasowanej nowiną twarzy dorzucił:
 

– Widzę, że mimo posuniętego wieku nie masz ty jeszcze pojęcia o życiu… Oj, nie masz…

 
Westchnęłam ciężko wyobrażając sobie kreśloną mi właśnie wizję małżeńskiego seksu i usiłując dociec powodu, dla którego Dyrektor pragnął mnie skłonić do tego właśnie modelu, kiedy on, poklepawszy się po udzie wyprostował rześko i spojrzawszy na mnie uważnie rozpoczął:
 

– I tu właśnie dochodzimy, dyrektorowo najdroższa, do clue naszego spotkania! Bo jest jeszcze dla ciebie nadzieja! Szansa absolutnie unikalna! Jedyna i niepowtarzalna możliwość wskrzeszenia twej konającej seksualności! A ja, w swej niezmierzonej dobroci i trosce o twoje spełnienie – bo wiesz przecież, że kocham cię larwo nad życie! – postanowiłem otworzyć ci oczy…

 
Wielicki uniósł się z miejsca i z hitchcockowskim wyczuciem odmaszerował do toalety pozostawiając mnie w stanie najwyższego suspensu.
 

– Otóż, wyobraź sobie… – rozpoczął wycierając zmoczone w łazience dłonie w wyjętą z kieszeni jedwabną chusteczkę – dzwoniłem ostatnio do dyrektorowej Urszuli. Jak wiesz zapewne dyrektorowa została ofiarą moherowego kioskarza i oczekuje właśnie na narodziny dziecka z lateksu. Ponieważ jednak nie należy do grona mężatek uznałem, że mimo ośmiomiesięcznej ciąży, będzie właściwym obiektem dla moich corocznych badań nad polską seksualnością. I czujny nos tropiciela mnie nie zawiódł! Noż kurwa! Co ona w tym roku nie wyprawiała! Dyrektorowo droga! Anal, bondage, sado-maso! Nie dziw, że guma puściła! Toż nawet w cyrku nie robią takich numerów! Urszula nie tylko przebiła dyrektorową Moniczkę! Ona ją zmiażdżyła! Rozniosła w pył! A wszystko to – jak mówi – dzięki ciąży!

 
Dyrektor zarumienił się nieco i otarłszy wilgoć z rozochoconego wspomnieniem czoła ciągnął:
 

– Najlepsza jednak była historia, którą Urszula opowiedziała mi w największym zaufaniu i po wielokrotnych przysięgach, że nigdy nie ujawnię jej światu. Otóż ostatnio, będąc już w stanie tak zaawansowanym, że żadne fikołki nie mogły się zdarzyć, doznała ataku tak nagłej chuci, że nijak nie była się w stanie uspokoić. Uznawszy zatem – nie bez logiki zresztą – że winą za to należy obciążyć dawcę nasienia, wezwała go na wizytę interwencyjną i ułożywszy wygodnie w wannie zażądała… złotego deszczu! Dżentelmen migał się nieco, bo – jak sama rozumiesz – szczanie na matkę własnego dziecka nie należy w niektórych kręgach do normy, gdy jednak Urszula zagroziła, że zastąpi go jurnym kolegą, przełamał się, wydobył ptaka i zafundował jej ciepły prysznic…

 
Dyrektor zaniósł się gwałtownym chichotem po czym spoważniał i spoglądając na mnie znacząco dodał:
 

– Urszula twierdzi, że skala doznań przebiła wszystko, co dane jej było dotąd przeżyć… Oczywiście – dodał po chwili z wahaniem – natrysk okazał się mieć pewne skutki uboczne… Ale przy zachowaniu należytej ostrożności…

 
Wielicki zamilkł i obserwując mnie w napięciu czekał na reakcję.
 

– Skutki uboczne…? – spytałam niepewnie w nadziei na opóźnienie zbliżającej się nieuchronnie puenty.

– No cóż… W ekstazie dyrektorowa Urszula zapomniała domknąć usta i cierpiała w nocy na dolegliwości gastryczne… No ale przecież nie mogła iść do szpitala! Miałaby powiedzieć na izbie, że piła?! W ciąży?! Noż kurwa! Toż przecież pozbawiliby jej praw do opieki nad dzieckiem! Dyrektorowa może i jest zdzirą, ale o dziecko dba! Na szczęście rano okazało się, że to tylko ciążowa zgaga…

 
Dyrektor zawiesił głos i nie spuszczając ze mnie wzroku trwał dłuższą chwilę w milczeniu pozwalając, by wizja ciążowego orgazmu zapadła we mnie i wżarła w najdalsze zakamarki umysłu. Kiedy ocknęłam się z zamyślenia jego już nie było. Zamiast tego na stojącym obok mnie krześle leżała pokaźna torba wypełniona po brzegi Ranigast PRO.

 

Reklamy