Istnieją na świecie mężczyźni, o których powszechnie wiadomo, że mają rozliczne talenty i nic co ludzkie nie jest im obce. Tacy, co dom wybudują, ciasto upieką i drzewo zasadzą a każdy mebel w ich domu należy do ręcznie robionych. Geniusze w pracy, zaradni w biznesie, nieocenieni w plewieniu ogródka. Sprawdzeni w robotach domowych znawcy fizyki jądrowej. Spece, macherzy, eksperci. Garniturowi wbijacze gwoździ z habilitacją, patentem żeglarza i złotą płytą na koncie. Biegle znający kilka języków, rozpoznający po smaku kolejne roczniki szampana i zadziwiający znajomych łacińską nazwą przędziorka, którego oprysk realizują – rzecz jasna – samemu i z werwą godną dopłaty unijnej. Poszukiwani ze świecą w dłoni przez pożądające ich cnót kobiety i znienawidzeni przez mężczyzn, którym energii wystarcza zaledwie na zgrzewkę Tyskiego…

Reklamy

Kiedy po wielu miesiącach martwej ciszy Dyrektor Wielicki zaproponował spotkanie, od razu wiedziałam, że szykuje się awantura. Od czasu, gdy okazałam się być całkowicie bezużyteczna w pozyskiwaniu prywatnych telefonów gwiazd światowej estrady, Dyrektor boczył się nieco, a fakt, że nie zadzwonił z corocznym seksualnym kwestionariuszem utwierdził mnie jedynie w lęku, że nasza wieloletnia przyjaźń mogła nie przetrwać próby, na jaką wystawiła ją niefortunna wróżba przewrotnej tarocistki…

Z początkiem roku życie towarzyskie zamarło i przytłoczone zaokienną szarugą dogorywało powoli ograniczając swe podrygi do portali społecznościowych i służbowych spotkań. Zniechęcone brakiem gości warszawskie kawiarnie zakręciły kaloryfery, co ostatecznie przepędziło ostatnich, okutanych w kufajki klientów i sprawiło, że obsługa snuła się drętwo pomiędzy pustymi stolikami próbując ogrzać nieco w wymuszonym ruchu. Pokryte śniegową mazią ulice straszyły brudem i przywodziły na myśl kultowy przebój Kultu a sine szyby biurowców przepuszczały coraz mniej światła sprawiając, że uwięzieni w openspace’ach szarzeli jak pozbawione słońca rośliny…