Kiedy po wielu miesiącach martwej ciszy Dyrektor Wielicki zaproponował spotkanie, od razu wiedziałam, że szykuje się awantura. Od czasu, gdy okazałam się być całkowicie bezużyteczna w pozyskiwaniu prywatnych telefonów gwiazd światowej estrady, Dyrektor boczył się nieco, a fakt, że nie zadzwonił z corocznym seksualnym kwestionariuszem utwierdził mnie jedynie w lęku, że nasza wieloletnia przyjaźń mogła nie przetrwać próby, na jaką wystawiła ją niefortunna wróżba przewrotnej tarocistki…

Z początkiem roku życie towarzyskie zamarło i przytłoczone zaokienną szarugą dogorywało powoli ograniczając swe podrygi do portali społecznościowych i służbowych spotkań. Zniechęcone brakiem gości warszawskie kawiarnie zakręciły kaloryfery, co ostatecznie przepędziło ostatnich, okutanych w kufajki klientów i sprawiło, że obsługa snuła się drętwo pomiędzy pustymi stolikami próbując ogrzać nieco w wymuszonym ruchu. Pokryte śniegową mazią ulice straszyły brudem i przywodziły na myśl kultowy przebój Kultu a sine szyby biurowców przepuszczały coraz mniej światła sprawiając, że uwięzieni w openspace’ach szarzeli jak pozbawione słońca rośliny…

Wyjazdy do Poznania nigdy nie były moim ulubionym sposobem spędzania weekendów. Za każdym razem wracałam stamtąd wycieńczona jak po nocy z hordą wyposzczonych wampirów i najszczersze wysiłki Maćka nigdy nie były w stanie całkowicie uchronić mnie przed sinymi obwódkami wokół oczu oraz pulsującym bólem głowy, który odczuwałam aż do środy.