Sezon na bobra

Po tym jak Dyrektor Wielicki ogłosił swój wyczytany z tarota pociąg do mężczyzn, przypomniała mi się moja osobista tarocistka – Anna Świerczewska. Kobieta o rozlicznych talentach i wielu fakultetach, która pewnego słonecznego dnia postanowiła zarzucić wyuczony zawód i oddać się w całości magii i czarnoksięstwu. Jak na kobietę ambitną przystało rozpoczęła swoją drogę od rozlicznych szkoleń i przez lata zgłębiała tajniki tarota, otwierała swoje trzecie oko na to, co nieznane, poszukiwała podpowiedzi u najrozmaitszych mistrzów tematu a w końcu – gdy jej praktyka zyskała ogólnopolską renomę a media zaczęły bić się o przygotowywane przez nią horoskopy – podjęła studia psychologiczne wychodząc ze słusznego skądinąd założenia, że każda prawda – nawet ta wyczytana z kuli – wymaga odpowiednio miękkiego przekazu.

Kiedy trafiłam do niej po raz pierwszy była już zaprawioną w bojach czarownicą o wielkiej przenikliwości, czułym głosie i paczce gotowych na łzy chusteczek. Rozkładając swoje liczne, wytarte z przeżycia talie, przyglądała mi się z uśmiechem za każdym razem osładzając wróżbę dobrze wymierzonym komplementem dla torebki, szminki czy przywiezionych z podróży szpilek. Gdy pochylone nad kolorowymi kawałkami tektury skupiałyśmy się na numerologicznych walorach kolejnych mężczyzn, poprawiała nerwowo kruczoczarne włosy i wzdychała ciężko kręcąc z niesmakiem głową. Jej drapieżna, śródziemnomorska uroda mroczniała a szerokie rękawy czarnoksięskiej galabii falowały nad stołem tworząc secesyjne floresy aż do momentu, gdy skupienie nad kartą owocowało precyzyjną wizją przyszłości. Wtedy prostowała się rześko i przesuwając wzrok na moją twarz rozpoczynała opowieść.

Chodząc do niej przez lata wielokrotnie próbowałam zastawiać pułapki na jej ezoteryczną mądrość podsuwając talii pytania o kolegów z pracy, biznesowych partnerów i przypadkowych przechodniów. Sugerowałam fałszywe tropy, zacierałam ślady i rozwieszałam zasłony półprawd, ona jednak nigdy nie złapała się w gąszcz maliniaka i z każdej spreparowanej przeze mnie zasadzki wychodziła z tarczą. W końcu, zniechęcona brakiem spektakularnych wyników, poddałam się i gratulując dobrze zainwestowanych w studia pieniędzy przyznałam otwarcie, że o ile jej wróżby od dawna nie są mi już potrzebne, o tyle rozmowa sprawia wielką, wartą każdych pieniędzy przyjemność. I gdy byłam już pewna, że uniesie się gniewem i z hukiem wyrzuci mnie z gabinetu, ona odchyliła się w fotelu, spojrzała przenikliwie i uśmiechając lekko rozpoczęła barokowy wywód o skomplikowanym życiu maga. O trudzie w wiązaniu się z mężczyznami, których jedno jasnowidzące spojrzenie odziera z tajemnicy i pozbawia uroku. O rozterkach pojawiających się w chwilach, gdy tarot – zamiast świetlanej przyszłości – wróży katastrofę. O napastliwości magioholików, którzy dzwonią nocami z prośbą o pomoc, poszukiwaniu zaginionych dzieci i uciekinierek-żon, złamanych sercach, zdradach, oszustwach i oceanach przelewającego się przez karty cierpienia. I w końcu o przychodzących po radę mężczyznach.
 

– Pani Aniu… – zaczęła wątek obniżając głos. – Ja się naprawdę martwię o mężczyzn. Oni są teraz tacy czuli, empatyczni i delikatni. Tak potrzebują miłości, ciepła i wzruszeń. Tak desperacko walczą o kobiety… Czy pani wie, że teraz większość moich klientów to mężczyźni? A jeszcze parę lat temu było odwrotnie. Wtedy to panie przychodziły po pomoc. A teraz? Teraz jeśli w ogóle się pojawiają, to interesuje je wyłącznie kariera. Za to faceci… Ach, cóż za gejzer emocji! Jaki romantyzm! Jak niezmierzona potrzeba kochania! I czegóż oni nie zrobią dla tych bab! Tarot, liposukcja, przeszczep włosów! Każdy wysiłek, by się spodobać. Każda droga, by zyskać akceptację. Nawet ta pełna upokorzeń… A one patrzą na nich z góry, wzruszają ramionami i mówią „phi!”. Kupują wibratory, biorą kochanków i zamiast z mężem do łóżka idą na zakupy. A potem śmieją się w twarz. Tak, w dzisiejszych czasach mężczyźni są emocjonalnie znacznie bardziej kobiecy od kobiet. I to ich zgubi, pani Aniu. Ja to pani mówię. Ja!

 

Kiedy wyszłam z mrocznego gabinetu osobliwości i mrużąc oczy rozglądałam po rozświetlonej słońcem Marszałkowskiej, mijający mnie faceci wydali się nagle dziwnie posmutniali i zapadnięci. Ich spojrzenia nie były już tak pewne siebie a krok stracił sprężystość. Tak jakby czarne wizje Świerczewskiej wykastrowały ich z resztek męskości i pozbawiły ostatnich złudzeń. I choć po jakimś czasie zaczęłam zapominać o wieszczonym przez nią schyłku macho, to co jakiś czas drobne wydarzenia przypominały mi ostatnią wizytę u czarownicy i skłaniały do większej wyrozumiałości dla nie dość twardych samców.

 
W czasach, kiedy stawiałam pierwsze kroki w mediach, zainteresowania mężczyzn były jasno sprecyzowane. Ci, którzy łasili się o zaproszenie na sesję zdjęciową czy medialne party, należeli zwykle do licznej grupy domorosłych lowelasów o wielkich marzeniach i cienkim portfelu. Byli jednoznaczni w swoich erotycznych sugestiach i śliskich uśmiechach. Wciągali brzuchy, prężyli muskuły i ostrzyli zęby na króliczki, które miałam im podać na tacy. W opozycji do nich pozostawała znacznie bardziej drapieżna i zdecydowanie liczniejsza frakcja biznesowa. Poszukiwacze dojść, kręciciele lodów, niezrealizowani artyści. Wszyscy skłonni uraczyć mnie ciepłym słowem i fałszywym uśmiechem za dopuszczenie ich do szołbiznesowego paśnika. Dygający w nadziei na recenzję płyty, zlecenie sesji, nabycie usługi. Nachalni, nieustępliwi i drapieżni. Wydzwaniający do biura, czający się przy wyjściu z budynku, błyskający kłami spod naciągniętej na oczy owczej skórki. Samce alfa i erotomani frustraci zjednoczeni w chęci ogrzania się ciepłym blaskiem królika.

Z czasem żądania usług zaczęły słabnąć a wyłudzacze wykruszać. Przez dłuższy czas sądziłam, że to efekt wielokrotnie powtarzanego ‘nie’ i spóźniona autorefleksja. I gdy powoli zaczynałam tracić czujność i wrogie nastawienie do każdej rozpoczętej pochrząkiwaniem prośby, wyrocznia Świerczewskiej zaczęła się materializować…

 
Pierwsze jaskółki nowego trendu pojawiły się wraz z falą awansów. Gdy panie pięły się w górę, panowie opłakiwali seks utracony. Kiedy one balowały z koleżankami, leżały w eleganckich ośrodkach SPA i wyruszały na samotne wakacje, oni zapadali się w wysiedzianych fotelach sącząc whiskey i wspominając czasy, gdy żony bywały jeszcze w domu. Gdy rozglądały za lepiej ustawionymi, pasującymi do ich podniesionych stołków samcami, wpadali w histeryczny szał zakupów, oferując swoim ukochanym dodatkowe karty kredytowe i szanse na uzupełnienie szaf. Wszystko po to, by mogły z większą pewnością siebie uwodzić nieco zwiędłych, ale jakże imponujących prezesów. W końcu przez grono znajomych przeszła fala balansujących na ostrzu noża kryzysów, które zdruzgotani butnym okrucieństwem żon mężczyźni wypłakiwali mi na coraz bardziej przemoczonym ramieniu. I wtedy zaczęło się na nowo. Tyle, że tym razem prośby i żądania nie dotyczyły już mężczyzn. Teraz beneficjentkami przysług miały być ich żony…

 
Gdy po raz pierwszy zostałam poproszona o załatwienie rozkładówki, mającej za zadanie podniesienie ego partnerki i utwierdzenie jej w niezłomnym przekonaniu o własnej wartości, uznałam to za żart. Z czasem jednak, kiedy kolejni mężczyźni przychodzili z podobnymi pomysłami uzasadniając je dobrem związku i lepszym samopoczuciem kobiet, poczułam, że pętla się zaciska. O ile bowiem z łatwością przychodziło mi odmawianie egoistycznym prośbom frustratów i ignorowanie nachalności drapieżników, o tyle opieranie się płaczliwym szantażom emocjonalnym męskich altruistów nie było już takie proste. Racjonalne argumenty głuszyło łkanie, stanowcze odmowy ginęły w falach zawodzenia a sugerowany niedwuznacznie nepotyzm zyskiwał miano mniejszego zła. Jedynym potencjalnie skutecznym rozwiązaniem byłoby zapewne zdarcie łuski z opuchniętych płaczem powiek i brutalna diagnoza o nieuleczalności związku oraz wątpliwej urodzie potencjalnych modelek. Na to jednak brakowało mi zwykle odwagi i okrucieństwa. W końcu, postawiona pod psychologicznym murem, zdecydowałam się zwołać zebranie na szczycie i poszukać rady u bardziej – jak mi się zdawało – doświadczonych.

Wydzwonieni do odpowiedzi stawili się karnie w moim gabinecie i rozsiadając w fotelach rozglądali w oczekiwaniu na powód nagłego spędu. Gdy zapoznałam ich pokrótce z moimi rozterkami i spytałam o radę, Adam zwiesił głowę i bawiąc się kluczami uśmiechnął pod nosem, Gontowski sięgnął po papierosa a Waldemort wzruszając ramionami stwierdził:
 

– Mnie nigdy żaden kolega nie prosił o takie rzeczy. Idą do ciebie, bo pewnie uznają, że jesteś pewną siebie, wyzwoloną kobietą. I chcą, by ich żony były takie same…

 

Spojrzałam na niego uważnie i zaczęłam zastanawiać, skąd u mężczyzn przekonanie, że ich pnące się na szczyty biznesowej władzy żony nie są pewne siebie. I gdy już miałam otworzyć usta, ubiegł mnie Gontowski.
 

– Jedyne, co możesz w takiej sytuacji zrobić, to odmawiać… – dmuchnął dymem w przestrzeń i gapiąc się za okno ciągnął. – W dzisiejszych czasach mężczyźni nie są już ciągnącymi babę do jaskini troglodytami. Kobiety trzymają ich tak ciasno za jaja, że zamiast basem śpiewają mezzosopranem. Nic dziwnego, że wpadają na takie pomysły… To wszystko, Aneczko, bierze się z kryzysu męskości. Choroba cywilizacyjna… Zaczęło się od metroseksualizmu, a kończy na pokazywaniu bobra szerokiej publiczności. To zresztą może być rzadka okazja, by go w ogóle zobaczyć… – zaśmiał się cynicznie.

 

Siedzący dotąd w milczeniu Adam przeciągnął po nas wzorkiem i wzruszając ramionami wymruczał:
 

– Co z tego, że jakiś biedak chce zaoferować swojej damie szersze możliwości promocji, zaimponować możliwościami i wykazać nowoczesnością? To jest współczesny model zalotów. Nie mówię, że mi bliski, ale coraz powszechniejszy. I takie prośby już dawno przestały mnie dziwić…

 

Spojrzeliśmy na niego zdziwieni i przez dłuższą chwilę siedzieliśmy w bezruchu oczekując dalszego ciągu rewelacji.
 

– Co tak na mnie patrzycie? – poruszył się nerwowo na krześle. – Nikt nigdy nie prosił was o bardziej kuriozalne przysługi?

– No, owszem… – odpowiedziałam nieśmiało osaczona jego bojowym tonem. – Przynosili jakieś popisy grafomańskie, taśmy demo z łamiącym wokalem i różne inne oferty nie do odrzucenia… Ale przyznasz chyba, że to nie to samo…?

 

Adam spojrzał na mnie unosząc brwi i kiwając głową z politowaniem westchnął:
 

– Oj, Helenko, Helenko… Powtórna mężatka, a wciąż dziewica… Czas na deflorację!

 

Gontowski chrząknął zmieszany i wstając nerwowo z krzesła pomknął do drzwi.
 

– To ja was, kochani, przeproszę – wydukał omijając mnie wzrokiem. – Obowiązki wzywają! Nie będę wam dłużej przeszkadzał…

 

Machnął nerwowo na Waldemara, który zaintrygowany przebiegiem rozmowy niechętnie podniósł się z fotela.
 

– To może ja też pójdę…? – spojrzał na mnie pytająco wciąż licząc, że poproszę by został.

– Idź, idź. Tobie nie wypada w tym uczestniczyć! – Adam wstał i popychając go w stronę drzwi wskazał ręką korytarz a następnie zamknął starannie drzwi. – Naprawdę ci tego nie opowiadałem? – odwrócił się w moją stronę.

– Ale czego? – zmarszczyłam pytająco czoło.

– Jak kolega Ziutek wpadł na pomysł, że prześpię się z jego żoną…?

 

Potrząsnęłam głową starając się wytrzepać z ucha powodującą omamy słuchowe kroplę, ale głos Adama wciąż przebijał się do mózgu.
 

– Nie układało im się, żona przestała zwracać na niego uwagę, miała go za fajtłapę, beksę i ciaputka, więc postanowił, że w ramach akcji naprawczej zorganizuje jej kochanka. Miałem ją uwieść a następnie poinformować go o planowanej schadzce, by w stosownym momencie mógł nas przyłapać…

– Ale po co? Chciał materiał dowodowy do rozwodu?

– Ależ przeciwnie! Zamierzał wtargnąć i sprać mnie po ryju. Następnie, korzystając z okazji dałby jej jeszcze z liścia a potem dokonał penetracji i wyszedł trzaskając drzwiami. – Adam wyciągnął się na krześle prezentując uśmiech kota z Cheshire. – Czyż to nie jest wspaniałe?

– Niezwykle wspaniałe… – przytaknęłam. – Czy możesz mi jednak wyjaśnić, co chciał w ten sposób osiągnąć?

– No jak to co?! Przecież to oczywiste, Helenko! Pragnął – Adam zaczął mówić powoli i wyraźnie, dobitnie akcentując sylaby – by szanowna małżonka zobaczyła w nim prawdziwego, walczącego o swoje terytorium samca. Pojęłaby wówczas swój błąd, ukajała się a on przyjąłby ją łaskawie na miłościwe łono rodziny…

– A co ty miałbyś z tego mieć? Poza altruistyczną satysfakcją z ocalenia rodziny, rzecz jasna…?

– Hojną gratyfikację. Za uszczerbek na zdrowiu i dozgonne milczenie.

 
Przez dłuższą chwilę siedziałam zafrasowana pokrętnymi meandrami męskiej logiki. W końcu zerwałam się z krzesła i patrząc na prężącego się na fotelu Adama rzuciłam:
 

– Muszę zadzwonić do Maćka! Miejmy nadzieję, że nie dał się zwieść mamonie…

 

Reklamy