Księża na Księżyc

Po trzech latach żmudnych przygotowań, przetarciu szlaków w licznych kancelariach parafialnych oraz odbyciu szkoleń z gęstości owulacyjnego śluzu i tajników kalendarzyka, hierarchowie Kościoła uznali, że Agata z Marcinem są wreszcie gotowi na sakramentalne ‘tak’. Ostatnim krokiem do ołtarza miało być złożenie oficjalnych zeznań na okoliczność heteroseksualizmu narzeczonych, odbycie pokuty za przedmałżeńskie bezeceństwa oraz publiczne wyrzeczenie się szatana. Gdy wszystkie poświadczenia i ofiary trafiły w końcu na ręce proboszcza a oszołomiona nadmiarem szczęścia młoda para uzgadniała ostatnie szczegóły ceremonii z armią zaangażowanych w organizację wesela naciągaczy, rodzina i znajomi pogrążyli się w nerwowym oczekiwaniu, zaciskając kciuki i wznosząc zdrowaśki w intencji dobrej pogody, wolnych od korków dróg dojazdowych i przede wszystkim dalszego, niezachwianego entuzjazmu młodych.

Zbliżająca się wielkimi krokami impreza zakrawała na towarzyskie wydarzenie sezonu i każdy posiadacz minimalnej choćby wyobraźni drżał na myśl o nadwątlonych siłach witalnych przyszłych nowożeńców i rosnącej z każdym dniem groźbie kataklizmu, który – zważywszy na skalę weselnego przedsięwzięcia – sprowokować mogła najmniejsza nawet błahostka. Napięcie sięgało zenitu i na dzień przed wyznaczoną datą wszystkich ogarnęło godne osiki rozedrganie oraz czarne wizje uciekającej panny młodej i osuwającego się na marmurową posadzkę kawalera, któremu – mimo dożywotniej gwarancji – wyczerpała się bateria Duracell. Na szczęście dla narzeczonych ślub odbywać miał się w oddalonym o setki kilometrów od Warszawy zamku a rezydująca na miejscu para chroniona była przed zaraźliwą histerią gości osiemnastowiecznymi murami i amortyzującą wstrząsy odległością. Gdyby nie to, katastrofa z prawdopodobnej stałaby się niewątpliwie pewną…

 
Kiedy dotarliśmy na miejsce parking wypełniały sadowiące się w równych rzędach samochody i biegające nerwowo stada objuczonych torbami gości. Recepcje trzech, przygotowanych na najazd szarańczy hoteli pękały w szwach nie wytrzymując naporu napływającej fali weselników. Kobiety zerkały niespokojnie na zegarki upewniając się, czy zdążą ułożyć adekwatne do okazji koki i pokryć ciało operową warstwą pudru, mężczyźni – przypierani do muru paniką partnerek – wyszarpywali nerwowo zawartość kieszeni drąc podszewkę w pospiesznym wyszukiwaniu dokumentów ze zdjęciem. Recepcjonistki nie nadążały z instruowaniem przybyszy, co do położenia przeznaczonych dla nich pokoi na skomplikowanej mapie zamkowego wzgórza, goście miotali się po dziedzińcu i wyszarpując sobie pilnujących porządku strażników żądali niezwłocznych wskazówek, a my z Maćkiem staliśmy pośrodku tego szaleństwa licząc na dar z nieba i podpowiedź, co robić dalej. I kiedy już traciliśmy nadzieję, z otwartego z impetem okna baszty wychyliła się Agata pokrzykując coś do nas z uśmiechem i machając ręką. Spojrzeliśmy po sobie z ulgą i odmachując energicznie ruszyliśmy do wyznaczonego pokoju przepełnieni otuchą, że przygotowania ślubne nie pozbawiły jej resztek życiowej energii i mój brat wciąż może liczyć na to, że narzeczona stawi się w zamkowej kaplicy.

 
Kiedy dwie godziny później, wystrojeni i uszykowani, dotarliśmy do kościoła, ławki wciąż były puste. Uzgodniwszy na szybko, po której stronie rozsiadać się będzie frakcja pana młodego, usiedliśmy grzecznie i rozglądając się wokół odliczaliśmy dzielące nas od ceremonii minuty. Wnętrze zapełniało się powoli i mimo iż był już najwyższy czas na przysięgi, narzeczonych i świadków wciąż nie było widać. Skonsternowana opóźnieniem kręciłam się nerwowo nie mogąc skupić nie tylko na modlitwie za małżeńskie powodzenie pary, ale nawet na skubaniu sukienki. Fakt, że Marcin nie tkwił jeszcze przy ołtarzu bynajmniej nie koił moich nerwów, wyobraźnia podpowiadała bowiem najgorsze, podsycane niecierpliwym pochrząkiwaniem wikarego scenariusze. Może Agata się rozmyśliła? Albo wyczerpani wieloletnimi przygotowaniami uznali, że małżeństwo kojarzy im się już tylko ze śluzem waginalnym i zastawą dla dwustu osób, w następstwie czego postanowili żyć długo i szczęśliwie na kocią łapę? A może skołatane organizacją ślubu nerwy nie wytrzymały i leżeli teraz w pełnej gorącej wody wannie otwierając sobie żyły na sposób rzymski?

Czarne wizje mnożyły się geometrycznie a ja powoli czułam jak zamiera mi puls, oddech i metabolizm. I gdy planowałam już teatralne osunięcie pod kościelną ławkę, orkiestra zagrzmiała, tłum zerwał się z miejsc a w drzwiach kaplicy stanęła długo wyczekiwana para. Podniosłam się z krzesła i łapiąc Maćka za rękę odwróciłam głowę siląc się na krzepiący uśmiech starszej i doświadczonej życiem siostry.

 
Gdy tylko narzeczeni stanęli przed ołtarzem z zakrystii wysunął się młody, odziany w złote szaty mężczyzna i powitawszy uniesionymi dłońmi zgromadzonych zainaugurował ceremonię:
 

– Umiłowani w Chrystusie Panu! Zgromadziliśmy się tu dzisiaj, by towarzyszyć naszym bliskim – Agacie i Marcinowi – w sakramencie małżeństwa. Módlmy się, aby ich decyzja nie okazała się życiowym falstartem…

 
Spojrzałam nerwowo na Maćka i robiąc sowią minę czekałam aż skomentuje szeptem imputowany przez wielebnego pośpiech, on jednak wzruszył tylko ramionami i poklepując mnie po ręce dał jasno do zrozumienia, że duchowny może nie wiedzieć o wieloletnim narzeczeństwie i zaprawieniu w bojach pary. Uspokojona nieco oddałam się zatem cichej kontemplacji Słowa Bożego licząc, że księżowski falstart zostanie szybko zatarty przez płynące z ewangelii miłosierdzie Pańskie.

Wielebny wstał i komenderując rękami tłumem rozpoczął:
 

– Słowa ewangelii według świętego Mateusza…

– Chwała Tobie Panie! – zamruczał tłum.

– Owego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem – wielebny modulował głos z wyniesionym z seminarium eleganckim zaśpiewem. – Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, niektóre ziarna padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka…

Zaniepokojona spojrzałam na Maćka, on jednak sprawiał wrażenie spokojnego i zasłuchanego, jakby w ogóle nie dziwiła go przewrotna mądrość objawiana w czytaniu.

– …Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia! – zagrzmiał ksiądz. – Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je! – uniósł wskazujący palec w geście charakterystycznym dla Nikodema Dyzmy i rozejrzał po nawie.

 
Podążając za jego spojrzeniem przesunęłam wzrokiem po wiernych zastanawiając się, czy zdają sobie sprawę z doniosłości czytania. Wszyscy jednak stali w milczeniu gapiąc się bezmyślnie na czubki swoich butów bądź poprawiając garderobę. Jakby nie docierała do nich przenikliwość Boga Ojca i wielka mądrość Jezusa Chrystusa.
 

– Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały – niezrażony brakiem uwagi kapłan kontynuował wątek agrarny – jedne stukrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha!

 
Wielebny uniósł księgę i okazując ją wiernym zakrzyknął:
 

– Oto Słowo Pańskie!

 
Nim zdołałam rozważyć w sercu przenikliwą mądrość chrześcijańskiego Boga, który – w przeciwieństwie do Jahwe – nie czekał z zesłaniem zbawiciela do czasów, gdy kara śmierci została zdelegalizowana a wątki rolne straciły na popularności, towarzystwo usiadło a ksiądz przeszedłszy na mównicę zwrócił się do przyszłych małżonków:
 

– Agato, Marcinie… – przesunął wzrok z jednego na drugie. – Mówi się ostatnio często: ‘księża na Księżyc’. Księża na Księżyc… – powtórzył przyglądając się zgromadzonej w kościele trzódce – co ma oznaczać, że my, księża, nic nie wiemy o życiu normalnego człowieka. O życiu małżeńskim… – zawieszał głos we właściwy kaznodziejom sposób. – A jednak, mili moi, to nie prawda! Bo czy ksiądz nie wie, jakie trudy niesie w sobie życie małżeńskie? Czy nie rozmawia z ludźmi? Nie jest powiernikiem ich trosk? Otóż, jest! I choć widzę, jak bardzo czekacie na ten kulminacyjny moment, na chwilę, gdy będziecie mogli sobie złożyć dozgonną przysięgę wierności, to jednak chciałbym powiedzieć kilka słów… Bo otóż, kochani moi, życie małżeńskie pełne jest trudów i utrapień. Cierpień, kłótni i nieporozumień. Ale w tym życiu, w życiu jakie odtąd będziecie wiedli, jest też nadzieja. I oby ziarno waszej miłości padło na ziemię żyzną! Oby wasze serca nie były drogą ani miedzą pełną chwastów! Oby ten związek nie okazał się dla was, mili moi, życiowym falstartem!

 
Spojrzałam na Maćka i poszturchując go łokciem zmusiłam do spojrzenia w moje wybałuszone oczy.
 

– Jest taka książka, kochani moi, którą dzieci czytają jak bajkę a dorośli jak powiastkę filozoficzną… – wielebny zawiesił głos a ja jęknęłam w duchu przewidując, że nastąpi najgorsze. – To książka francuskiego pisarza, Antoine’a de Saint-Exupéry – „Mały książę”. Książka, w której główny bohater mówi, że na każdej pustyni jest studnia… – duchowny spojrzał znacząco na zgromadzonych oczekując świadectwa wiary i zrozumienia. – I tak też, będzie, Agato, Marcinie, w waszym życiu. Bo życie małżeńskie, kochani moi, jest jak pustynia. Takie będzie wasze życie po złożeniu dzisiejszej przysięgi…

 
Zerknęłam na Maćka i widząc, jak zaczyna kręcić się nerwowo, odetchnęłam głębiej. Spojrzał na mnie i marszcząc brwi przesunął znacząco wzrok na narzeczonych. Przez moment przyglądaliśmy się wspólnie siedzącym na honorowych miejscach spodziewając się, że po pustynnej przepowiedni zerwą się z krzeseł i wybiegną z kościoła z krzykiem. Oni jednak sprawiali wrażenie nieobecnych i spokojnie tkwili na swoich miejscach błądząc wzrokiem po barokowych ornamentach ołtarza. Ksiądz w tym czasie ciągnął wizje obumierającej fauny na Gobi okraszając je krzepiącymi uśmiechami i stosownymi gestami wypielęgnowanych dłoni:
 

– Pustynia życia, mili moi. Pełna burz piaskowych, trudów i pełnej znoju wędrówki. Pustynia, na której ziarno wysycha i nie zapuszcza nawet swoich nikłych korzeni. Wielka, bezkresna małżeńska pustynia, na której wykazać będziecie się musieli odwagą, wytrzymałością i wiarą w przetrwanie. Oraz w tą jedną, jedyną studnię, o której tak pięknie naucza nas Mały Książę: studnię miłości jezusowej. Wodę życia, która jako jedyna będzie ożywiać wasz związek, aby nie obumarł jako to ziarno rzucone przez siewcę na ubitą ziemię drogi. Bo na pustyni, kochani moi, nie będzie nawet ptaków, które mogłyby się tym ziarnem pożywić, a tylko skwar i susza, która trawić będzie nasienie i uczyni wasze życie bezpłodnym. Więc, mili moi, Agato, Marcinie, jeszcze raz, tuż przed sakramentalnym ‘tak’, które zaraz sobie powiecie, pragnę wam życzyć – podobnie jak wszyscy zgromadzeni tutaj krewni i goście – abyście trwali przy sobie, w tych burzach piaskowych, które ześle wam los i pokładali otuchę w miłościwym siewcy, jakim jest Pan nasz, Jezus Chrystus…

 
Kiedy po skończonym obrzędzie opuściliśmy z Maćkiem świątynię i obserwując obsypywanych ryżem nowożeńców czekaliśmy na życzenia, złapałam go za łokieć i drapiąc się lekko po skroni mruknęłam coś bełkotliwie wciąż przeżywając kiełkujące na żyznej glebie mojej duszy ewangeliczne ziarno. Popatrzył na mnie przenikliwie i sterując delikatnie w stronę ustawiającej się do życzeń kolejki szepnął:
 

– Nie zapominaj o podstawowej nauce chrześcijańskiej…

 
Spojrzałam na niego mętnie oczekując wyjaśnień, ale on zaśmiał się tylko lekko i puszczając mi perskie oko wzruszył ramionami. Zanim dotarliśmy do uśmiechniętej młodej pary wniosek z homilii skrystalizował się bez usłużnej pomocy męża…

 

Reklamy