We wczesnym, przedszkolnym jeszcze dzieciństwie stanowiłam przyczynę licznych zgryzot wychowujących mnie Dziadków, którzy frasobliwie spinali brwi i wzdychali pod nosem za każdym razem, gdy udało im się przyłapać mnie na zabawach nielicujących z płcią i elegancją dziedziczki. Bolesna troska, jaką mnie otaczali była tym głębsza, że całe miasto podejrzewało, że jestem późnym owocem ich namiętności a wygłaszane przez Babcię dementi traktowane było jak całkowita, choć skądinąd urocza, ściema.

Kiedy we wczesnym szczeniactwie odkryłam z rozpaczą, że inteligentna rozmowa z kobietą stanowi ewenement przyrodniczy na miarę naturalnego skupiska wiesiołka dwuletniego w Tokarni, moja teza nie była poparta żadnym dowodem a mizoginię wspierały jedynie empiryczne doznania zapewniane mi regularnie przez koleżanki z klasy. I choć były one w większości piątkowymi uczennicami o okrągłym piśmie i zawsze odrobionej pracy domowej, to w konfrontacji z trójkowymi kolegami rysującymi w dzienniczkach ucznia latające talerze, pershingi i średniowieczne maszyny oblężnicze pozostawały niczym więcej niż pustymi lalkami powtarzającymi karnie okrągłe zdania nauczycielek…

Zgodnie z przepowiednią Marty telefon od Turka otworzył jesienną puszkę Pandory a nas zalewać zaczęły liczne wiadomości od dawno niewidzianych ‘narzeczonych’. Pozdrowienia, zaproszenia na kawę i pytania o jakość samopoczucia z dnia na dzień stawały się coraz bardziej rzęsiste aż w końcu przebiły skalą wrześniową falę opadów podtapiając nasze aktualne związki i sprawiając, że z trudem łapałyśmy oddech nad burzliwą taflą wody…

W czasach, kiedy stawiałam pierwsze kroki w mediach, zainteresowania mężczyzn były jasno sprecyzowane. Ci, którzy łasili się o zaproszenie na sesję zdjęciową czy medialne party, należeli zwykle do licznej grupy domorosłych lowelasów o wielkich marzeniach i cienkim portfelu. Byli jednoznaczni w swoich erotycznych sugestiach i śliskich uśmiechach. Wciągali brzuchy, prężyli muskuły i ostrzyli zęby na króliczki, które miałam im podać na tacy. W opozycji do nich pozostawała znacznie bardziej drapieżna i zdecydowanie liczniejsza frakcja biznesowa. Poszukiwacze dojść, kręciciele lodów, niezrealizowani artyści. Wszyscy skłonni uraczyć mnie ciepłym słowem i fałszywym uśmiechem za dopuszczenie ich do szołbiznesowego paśnika. Dygający w nadziei na recenzję płyty, zlecenie sesji, nabycie usługi. Nachalni, nieustępliwi i drapieżni. Wydzwaniający do biura, czający się przy wyjściu z budynku, błyskający kłami spod naciągniętej na oczy owczej skórki. Samce alfa i erotomani frustraci zjednoczeni w chęci ogrzania się ciepłym blaskiem królika.

Od dłuższego czasu Goran był dla mnie postacią legendarną. Mężczyzną, którego zbudowałam sobie na kształt i podobieństwo cygańskich gangsterów Kusturicy. Facetem o bałkańskiej duszy uwięzionym w tanim i zbyt obszernym garniturze, jaki wybierają zwykle inżynierowie. Człowiekiem równie tragicznym co zabawnym, nałogowo niezaspokojonym i całkowicie niezdolnym do zrobienia czegokolwiek, co mogłoby zachwiać jego – bezpiecznym w gruncie rzeczy – światem.