Prawdziwe kobiety dzielą się na te, które uwielbiają brylanty, i te, które jeszcze o tym nie wiedzą.

Jeśli o mnie chodzi, to wiedzę tę pozyskałam niestety dość późno, za co hołd muszę oddać niezwykłej przenikliwości mojej Pierwszej Teściowej. To ona, jako pierwsza, zdiagnozowała u mnie karczemną podatność do uwielbiania przedmiotów pięknych i – jak na doskonałą matkę przystało – ostrzegła mego – wówczas jeszcze przyszłego – Pierwszego Męża, przed tym potwornym defektem…

Nadejście Ery Wodnika sprowadziło narastający chaos na mniej wprawne umysły i zakończyło z przytupem dwa tysiąclecia chrześcijaństwa, pogrążając świat w neopogańskiej wierze w magię, uzdrawiające działanie cieciorki, leczenie zbolałych kolan magnesem oraz to, że maj 2011 przyniesie koniec świata. Zbiorowa histeria osób zbliżonych inteligencją do poziomu zleżałej nad miarę ostrygi sprawiła, że portale społecznościowe zaroiły się katastroficznymi wizjami pogrążonego w płomieniach kosmosu, rozsądnymi – zważywszy na sytuację – pytaniami jak zorganizować zapasy żywności oraz romantycznymi pożegnaniami ze światem, jaki znaliśmy przed zbliżającą się nieuchronnie szóstą.

Celebracja kolejnych urodzin odbiła się kilkudniową, bolesną czkawką galopującego Weltschmerzu i zaowocowała frustrującym przekonaniem, że zmieniam się powoli w nawóz historii. Bez szans na patent, Nobla ani Oscara. Wizje przyszłych zaszczytów stawały się coraz mętniejsze, obietnice awansów – rozmyte nierealnością, a szanse na zbitą naprędce fortunę – naiwne jak rojenia dziecka. Pogrążałam się powoli w spokojnym, wyzutym z aspiracji pogodzeniu z losem, dorastając do momentu, gdy jedynym celem stanie się życie jako takie…

Zgodnie z przepowiednią Marty telefon od Turka otworzył jesienną puszkę Pandory a nas zalewać zaczęły liczne wiadomości od dawno niewidzianych ‘narzeczonych’. Pozdrowienia, zaproszenia na kawę i pytania o jakość samopoczucia z dnia na dzień stawały się coraz bardziej rzęsiste aż w końcu przebiły skalą wrześniową falę opadów podtapiając nasze aktualne związki i sprawiając, że z trudem łapałyśmy oddech nad burzliwą taflą wody…