Od wielu tygodni niebo nad Warszawą miało kolor żeliwa a temperatury – wbrew kalendarzowi – nie wychodziły poza stany właściwe dla kwietnia. Szare ulice zapełniali popielaci na twarzach przechodnie przetykani niekiedy obnoszącymi sztuczną opaleniznę paniami, podejrzewanymi przez ogół o wirusowe zapalenie wątroby…

Złożona mi przez Grażynę wizyta – o kryminalnej propozycji nie wspominając – wprawiła mnie w długotrwały stan umysłowej katatonii. Moje myśli kłębiły się niczym gęste opary czadu w dworcowej budce z kebabem a ambiwalencja uczuć przerastała wszystko, co było mi dane dotąd przeżyć dzięki uprzejmej socjopatii rozlicznych „eksmężów”…

W czasach, kiedy stawiałam pierwsze kroki w mediach, zainteresowania mężczyzn były jasno sprecyzowane. Ci, którzy łasili się o zaproszenie na sesję zdjęciową czy medialne party, należeli zwykle do licznej grupy domorosłych lowelasów o wielkich marzeniach i cienkim portfelu. Byli jednoznaczni w swoich erotycznych sugestiach i śliskich uśmiechach. Wciągali brzuchy, prężyli muskuły i ostrzyli zęby na króliczki, które miałam im podać na tacy. W opozycji do nich pozostawała znacznie bardziej drapieżna i zdecydowanie liczniejsza frakcja biznesowa. Poszukiwacze dojść, kręciciele lodów, niezrealizowani artyści. Wszyscy skłonni uraczyć mnie ciepłym słowem i fałszywym uśmiechem za dopuszczenie ich do szołbiznesowego paśnika. Dygający w nadziei na recenzję płyty, zlecenie sesji, nabycie usługi. Nachalni, nieustępliwi i drapieżni. Wydzwaniający do biura, czający się przy wyjściu z budynku, błyskający kłami spod naciągniętej na oczy owczej skórki. Samce alfa i erotomani frustraci zjednoczeni w chęci ogrzania się ciepłym blaskiem królika.