Kodeks Hammurabiego

Spośród dziesiątków wpisów w indeksie, egzaminów państwowych, kolokwiów i testów, najtrudniejszą materią, jaką zdarzyło mi się zdawać, było prawo cywilne państw obcych. Egzamin, z nazwy i założenia będący kolubryną, przyprawiał brać studencką o drżenie a optymizmu nie zwiększała bynajmniej osoba wykładowcy – gorszego nawet niż żywa colubra. Zofia Szafrańska – znana w Krakowie z niezwykłej energii, drogich garsonek i wyżynania nieuków brzytwą – stawiała sobie bowiem za cel kształtowanie naszych nieopierzonych umysłów w sposób interdyscyplinarnie pokrętny i łącząc prawniczy cynizm z akademickim powabem serwowała cywilistyczną papkę w pysznym dressingu z logiki. Po roku wykładów dedukcja, indukcja i prawo podwójnej negacji były nam bliższe niż delikt, służebność a nawet conventio in manum. Bo też nie dało się przebrnąć przez zagmatwane testy Zofii, nie pokonawszy uprzednio jej sofizmatów. Pokrętnych, zwodniczych i pełnych pułapek.

Gdy my pociliśmy się w potężnej auli i usiłowali odgadnąć pokrętne intencje autorki, profesor Szafrańska krążyła złowrogo i zaglądając kolejnym przez ramię tłumiła znaczące chrząknięcia. Podstępne prawniczo kazusy blakły zalane potem, pióra skrobały o litość a przygarbione wysiłkiem plecy kornie czekały na razy. I nikt nie wiedział, czy może zawiodła go trzeźwość czy raczej znawstwo prawa.

Gdy lata później, walcząc przed sądem z sądami, trafiałam na wnioski sprzeczne z rozsądkiem i prawem, profesor Szafrańska wracała w umyśle jak żywa i uśmiechając się lekko mrużyła znacząco powiekę. A ja nie wiedziałam, czy sędzia przegrywał z ustawą czy może z logiką prawniczą. Lecz z czasem, gdy idealizm zardzewiał a lista przebytych wokand urosła niczym tasiemiec, pojęłam jedno: że sądy nijak się miały do mitologicznej Temidy. Bo zamiast wagi i miecza znaczyła je głównie ślepota…

 
Tym większe więc było zdumienie, kiedy po latach zawodów trafił w me ręce wyrok tak spójny, logiczny i wyważony, że miło było go czytać. I chociaż serce krzyczało z radości, to usta stłumiły „brawo!” a ja powściągając emocje spytałam z łagodnym spokojem:
 

– I co zamierzasz z tym zrobić?

 
Siedząca przede mną Grażyna, bliska stanem aktywnym wulkanom, wciągnęła powietrze ze świstem i przewracając oczami krzyknęła:
 

– Jak to: co robić?! Zaskarżać!

 
Spojrzałam na rozstrzygnięcie i wsiąkłam w okrągłe zdania. Rozwód był słowem, ale nie ciałem. Wciąż niewiążący, bez bladych szans na moc prawną, cieszył me oko jak każdy byt nierealny. Prężył się yetim, kwitł jak paprotka i deklamował poezję jak polska krowa w wigilię. Ósmy cud świata, jedyny prawdziwy. Pierwszy rozsądny wyrok, jaki widziałam od lat.

Uniosłam wzrok na Grażynę, jej mina nie zachęcała jednak do głośnych przemyśleń o kompetencji sędziego. Zarumieniona na twarzy, z czołem błyszczącym emocją i siną pokrzywką na szyi jechała z koksem sądząc od czci i wiary palestrę, męża i „dziwkę-kochankę”. Jej słowa wzbierały jak powódź i rozlewały się wokół zbierając ze sobą wszystkie lżejsze przedmioty. Kurwy z chujami pędziły na falach, skurwiele płynęli za nimi a drobne ciule, szmaty i france unosił prąd tak potężny, że zanurzenie weń stopy groziło protezą. Po roku doświadczeń przez myśl by mi zresztą nie przeszło, by dla szczerości zaryzykować życiem. Przez cały ten okres kłaniałam się burzy i cedząc pomyje czekałam na koniec. Ignorowałam jej wściekłość, grubiaństwo osądów i coraz dziwniejsze przekleństwa. Słuchałam z troską, martwiłam się stanem lecz wciąż liczyłam, że w końcu emocje ostygną a ona wygada się do dna.

Niestety, miesiące mijały i z każdą rozprawą w Grażynie rósł większy demon. Po fazie śledzenia, nękania i manii nadciągnął etap miłosny. Okres zakupów bielizny, wizyt w salonach piękności i rozbieranych pochopnie wdzięków. Gdy mąż przychodził, by zabrać na weekend syna, ona witała go w progu w kolejnym, skąpym dessous. Licząc na powrót lub żal poniewczasie prężyła swe ciało w satynach, koronkach i szpilkach rzucając niedbałe sugestie o innych mężczyznach, szalonym życiu i długich nocach przy winie. Inwestowała w urodę, by w chwili gdy wyszedł zawrócić pod prysznic i spłukać skrzętnie makijaż. A potem leżeć na sofie i ze słuchawką przy skroni szlochać mi w ucho o zawiedzionych nadziejach, złamanych sercach i niebosiężnych tęsknotach.

Tygodnie mijały i nic nie wróżyło szybkiego come backu. Kolejne negliże nie unosiły penisa a tylko cyniczną brew męża, szafa pękała od ciuchów a setki par butów żądały własnego pokoju. Zmęczona ksiutami Grażyna podsumowała wydatki i rozwścieczona rachunkiem postanowiła zarzucić strategię kokoty na rzecz poważnej kobiety biznesu. Pisała do Rzepy, dawała prelekcje i udzielała wywiadów. Wycinki prasowe wpinała w teczuszkę i raz w miesiącu słała teściowej. W dowód sympatii i pro memoria. Z nadzieją na to, że mąż nie przeoczy żadnego…

Jako osoba postronna i czuła na wszelką żenadę z ulgą przyjęłam odmianę i przejście do fazy eksperckiej. Widok jej ciała w garsonce był znacznie mniej szokujący niż w skąpych, bordowych stringach, a wywołana u męża niechęć z pewnością o wiele mniejsza. Zajęcie się pracą miało zresztą i ten jeszcze walor, że chwilę później Grażyna kupiła mieszkanie mogące pomieścić całą wulgarną bieliznę. Gdy jednak akcja kariera również nie dała efektu, wściekłość wybuchła na nowo i przed kolejną rozprawą w życiu Grażyny zagościł na stałe detektyw. Ekspert podsłuchów i fotografii snajperskich. Specsługa od zdrady. Producent kwitów i twórca teczek, który wyczuwszy zajadłość klientki wyruszył tropem cudzołożnika na egzotyczne wakacje w Tanzanii, skąd przywiózł niezwykły w powadze materiał. Piotr – mąż Grażyny – chodził po plaży oraz – uwaga! – pił z „dziwką” drinki! Dowodów na zdradę wciąż brakowało, ale poszlaki… Te były znaczące!

Dziesiątki stykówek trafiły do sądu ten jednak powziął wątpliwość, czy przedstawiony materiał zaiste dowodzi zdrady. Grażyna szalała. Jad i posoka lały się wartko aż ławę sędziowską okryto namiotem a świadków wyzbyto z pobudek medycznych. Batalia trwała aż w końcu Grażyna udała się w podróż do Suwałk, by na przedmieściach szukać i znaleźć pierwszego męża „tej kurwy”. Gdy zaczajona na klatce skoczyła na niego jak gepard, biedak zasłonił się ręką lecz nawet przyparcie do muru nie wywołało weń woli współpracy. O byłej nie pragnął rozmawiać, do sądu nie kwapił się stawić i żadna próba korupcji nie przynosiła efektu. Co gorsza kolejna rozprawa podniosła zarzut powoda o bezzasadne nękanie postronnych…

 
Kiedy już się zdawało, że wszystkie fazy żałoby Grażyna ma wreszcie za sobą, kurtyna – miast opaść – pękła, po czym nastąpił ciąg zdarzeń znamionujących rychły kres świata. Fotelem Piotra wstrząsnęły przesłane do firmy relacje z procesu i łzawe wyznania małżonki. Gdy rada nadzorcza i akcjonariat uznali zgodnie, że życie intymne prezesa powinno pozostać prywatne, mroczna opowieść trafiła na ręce pismaków, partnerów i konkurencji, gdzie była czytana aż do momentu, gdy Piotr złożył stołek w naiwnej ofierze wolności. Wtedy Grażyna, z łaknieniem hieny rzuciła się nań w dwójnasób śledząc spotkania, blokując oferty i powtarzając, że „zniszczy gnoja”. W tym samym czasie na półce przy łóżku wykwitły jej nowe lektury: książki o magii, rzucaniu przekleństw oraz woskowych laleczkach. Kukła mężowska była gotowa i pewnie biedak sczezłby w katuszach, gdyby Grażyna nie poszła po rozum i nie uznała, że męki i bóle należą się raczej kochance. To utrudniło co nieco zadanie, bo też zdobycie tkanek ofiary nie było znów takie proste…

 
Patrząc na wyrok siedziałam w bezruchu wciąż licząc na to, że przyjaciółka odzyska rozsądek. Nadzieja okazała się jednak płonna, bo ona – sięgnąwszy po papier – zaczęła czytać zeń na głos i ilustrować całość obszernym zestawem prychnięć, pomruków i przekleństw.
 

– …Po zapoznaniu się ze zgromadzonym w sprawie materiałem, sąd zważył co następuje: – zawiesiła głos i przewracając oczami parsknęła ze wzgardą – małżonkowie Grażyna Maria i Piotr Jakub Jankowscy oboje i w równej mierze winni są rozpadowi pożycia…!

 
Spojrzała na mnie z wściekłością i sapiąc znacząco krzyknęła:
 

– Dasz, kurwa, wiarę?! Toż to jest skandal! Ten dziad parchaty, kutas i złamas śmiał mnie porzucić dla innej a oni tu piszą, że ja jestem winna!

 
Spojrzałam na nią łagodnie i powściągnąwszy komentarz o przenikliwości sądu, kiwnęłam nieznacznie głową.
 

– …Sąd uwzględnił zeznania świadka – Izabeli Joanny Łojewskiej – zgodnie z którymi jej relacja z powodem w okresie, w którym doszło rozpadu małżeństwa miała charakter czysto koleżeński i była związana z pracą w tym samym przedsiębiorstwie. Sąd nie znalazł powodów, by nie dać wiary zeznaniom powoda oraz wymienionego wyżej świadka, którzy zgodnie twierdzili, że Izabela Joanna Łojewska doradzała powodowi przy urządzaniu mieszkania w okresie, gdy w wyniku rozpadu małżeństwa wyprowadził się on do odrębnego lokalu…

 
Grażyna okryła się pąsem i łapiąc z wysiłkiem oddech dodała:
 

– Widziałaś kurew? Pomagała mu w urządzaniu mieszkania! – żachnęła się z przekąsem. – Testując miękkość wyra i wytrzymałość blatów!

 
Spojrzałam na nią ostrożnie mając w pamięci własne historie z przeszłości. Wciąż pamiętałam mężczyzn, z którymi jeździłam na narty, bywałam wielokroć w Rasterze oraz łaziłam po sklepach, tylko dlatego, że żony w tym czasie zajęte były czymś innym. Zdarzało się nawet, że będąc z wizytą czyściłam blaty kuchenne, bawiłam z dzieckiem i wychodziłam z psami na spacer. Konsultowałam krawaty, radziłam koszule i wybierałam prezenty dla żony. Chwilowo nie był to jednak moment na tego rodzaju wyznania, bo zapoznawszy się z nimi Grażyna niechybnie przebiłaby kukłę szpikulcem. A moje komórki akurat były pod ręką…

Mruknąwszy niezbornie niejasne zdanie obrony zapadłam się w fotel czekając na dalszy ciąg orzeczenia. Ona w tym czasie przebiła mnie wzrokiem i zdegustowana zdradą ciągnęła:
 

– …W opinii sądu przedstawione przez pozwaną dowody, w szczególności nagrania i zdjęcia, nie mają waloru rozstrzygającego i dowodzą wyłącznie znajomości powoda ze świadkiem. Przedstawiony sądowi materiał nie wskazuje na to, aby łącząca strony relacja wykraczała poza typowe ramy przyjaźni. Sąd pragnie przy tym nadmienić, że wartość dowodów jest w tym wypadku znikoma, ponieważ pochodzą z okresu, gdy powód nie mieszkał już razem z pozwaną. Tym samym świadczą one o sytuacji obecnej a nie o okresie przed rozpadem pożycia. W opinii sądu relacja powoda z Izabelą Joanną Łojewską w osiemnaście miesięcy po faktycznym rozpadzie więzi małżeńskich, pozostaje bez związku ze sprawą i winna być oceniana nie jako przyczyna lecz potencjalny skutek rozpadu…

 
Podniosła głowę znad kartek i przekładając je szybko mruknęła tylko pod nosem:
 

– Dalej są jakieś wywody bez sensu… Że niby wszystko przeze mnie… O! Tu jest dobre! – uniosła palec tłumiąc mój protest mijania najlepszych fragmentów. – …Orzekając rozwód z winy obojga małżonków sąd – wykraczając poza zakres tej sprawy – pragnie pouczyć Grażynę Marię Jankowską, że podejmowane przez nią działania, a w szczególności uporczywe nękanie powoda jak również innych osób poprzez ich nachodzenie w domu i pracy oraz stawianie w złym świetle przed pracodawcą i osobami trzecimi, wyczerpuje znamiona czynu karalnego i może prowadzić do odpowiedzialności cywilnej i karnej… – sapnęła znacząco i wykrzywiając cynicznie usta mruknęła cicho pod nosem: – Nie będą mnie gnoje straszyć…

 
Gdy w końcu wyszła zganiłam się w duchu za cały rok naiwności. Za głupią wiarę w rozstanie bez przyczyn, godziny spędzone w wilgotnych mankietach i uszy przywiędłe od jadu i złości. Za utracony płaszcz od Gabbany i durny pomysł z paryskim Turkiem. Lecz przede wszystkim za butne myślenie, że moje wyroki byłyby lepsze…

 
Profesor Szafrańska mrugnęła znacząco i śmiejąc się ze mnie rzuciła: Tam de se iudex iudicat, quam de reo*.

 
 
***

* Z uwagi na trudną przetłumaczalność i dwuznaczność sentencji zamieszczam trzy, najlepiej moim zdaniem pasujące przekłady. Sens tak naprawdę daje się jednak uchwycić dopiero po złożeniu ich wszystkich w jedno: Sędzia wydaje wyrok zarówno na siebie jak i na oskarżonego /Sędziego ocenisz po jego wyrokach / Tak sędzia sądzi o sobie jak i o pozwanym. 
 
UWAGA: Wszystkich użytkowników google’a, poszukujących bryków studentów i planujących rozwody panów uprzejmie informuję, że przytaczane wyżej fragmenty orzeczenia sądowego są czystą fikcją literacką a nie utwierdzoną linią orzecznictwa w sprawach rodzinnych.
 
 

Reklamy