W momencie zakontraktowania książki otworzyła się przede mną nowa, nieznana mi wcześniej rzeczywistość. I choć nie miałam jeszcze wtedy o tym pojęcia, podpisanie umowy było niczym królicza nora, która wciągnęła mnie w swoje bezkresne korytarze, porwała w nieznane i wyrzuciła w tajemniczej krainie czarów, gdzie nie działały prawa fizyki ani logika znana powszechnie pod nazwą zdrowego rozsądku…

Reklamy

Nobel Srobel

Chciałoby się czasem siąść i coś zajebistego napisać. Pierdolnąć, kurwa, taki tekścik, żeby wrogom, zawistnikom i Szanownemu Komitetowi Noblowskiemu oko zbielało i żuchwa opadła. Coś smacznego stylistycznie i o fabule tak porywającej, by czytelnikowi kęs bułki z serem utknął pomiędzy zębami w nagłej niemocy żucia. Chciałoby się mieć temat, jakiego jeszcze nie było. Epicki, monumentalny, noż kurwa, po prostu WIELKI.

I co? Dupa. Wszystko już było. Nędza, marazm, posucha.

Od wielu tygodni niebo nad Warszawą miało kolor żeliwa a temperatury – wbrew kalendarzowi – nie wychodziły poza stany właściwe dla kwietnia. Szare ulice zapełniali popielaci na twarzach przechodnie przetykani niekiedy obnoszącymi sztuczną opaleniznę paniami, podejrzewanymi przez ogół o wirusowe zapalenie wątroby…

Praca w międzynarodowej renomy wydawnictwie miesięczników znanych i uchodzących za luksusowe od samych swoich początków zaoferowała mi niezliczone możliwości rozwoju osobistego i zawodowego a obcowanie z koryfeuszami polskiej sceny rozrywkowej stanowiło najmniejszy zaledwie spośród wszystkich bonusów. Oprócz bowiem imprezowego froteryzmu z celebrytami, szans na podziwianie niezwykłej urody i szyku krążących po salonach gwiazd oraz cennych momentów w towarzystwie podnoszących status akcesoriów, moje życie wypełniać zaczął pełen literackich popisów papier. O gramaturze nie mniejszej niż sto dwadzieścia…

…Zarumieniona na twarzy, z czołem błyszczącym emocją i siną pokrzywką na szyi jechała z koksem sądząc od czci i wiary palestrę, męża i „dziwkę-kochankę”. Jej słowa wzbierały jak powódź i rozlewały się wokół zbierając ze sobą wszystkie lżejsze przedmioty. Kurwy z chujami pędziły na falach, skurwiele płynęli za nimi a drobne ciule, szmaty i france unosił prąd tak potężny, że zanurzenie weń stopy groziło protezą…

Celebracja kolejnych urodzin odbiła się kilkudniową, bolesną czkawką galopującego Weltschmerzu i zaowocowała frustrującym przekonaniem, że zmieniam się powoli w nawóz historii. Bez szans na patent, Nobla ani Oscara. Wizje przyszłych zaszczytów stawały się coraz mętniejsze, obietnice awansów – rozmyte nierealnością, a szanse na zbitą naprędce fortunę – naiwne jak rojenia dziecka. Pogrążałam się powoli w spokojnym, wyzutym z aspiracji pogodzeniu z losem, dorastając do momentu, gdy jedynym celem stanie się życie jako takie…

Dawno, dawno temu, w czasach, gdy liczne romanse wypełniały mi ściśle rozbuchany grafik a atrakcyjni mężczyźni tłoczyli przy drzwiach w nadziei na niewyłącznie intelektualne rozrywki, moim pierwszym konsultantem w sprawach związkowych i jednym z najbardziej oddanych przyjaciół pozostawał niezmiennie Marek Ruszkowski – mężczyzna z wieloletnim małżeńskim stażem, życiowym doświadczeniem i zdrową dawką życzliwego rozsądku…