Wielki Masturbator

Praca w międzynarodowej renomy wydawnictwie miesięczników znanych i uchodzących za luksusowe od samych swoich początków zaoferowała mi niezliczone możliwości rozwoju osobistego i zawodowego a obcowanie z koryfeuszami polskiej sceny rozrywkowej stanowiło najmniejszy zaledwie spośród wszystkich bonusów. Oprócz bowiem imprezowego froteryzmu z celebrytami, szans na podziwianie niezwykłej urody i szyku krążących po salonach gwiazd oraz cennych momentów w towarzystwie podnoszących status akcesoriów, moje życie wypełniać zaczął pełen literackich popisów papier. O gramaturze nie mniejszej niż sto dwadzieścia.

Umysł – miast planowanych zmian w VAT-cie, spadków giełdowych i pływów forexu – zapładniać zaczęły treści dalekie od biznesowej nudy a stanowiące niezwykłą pożywkę dla wyostrzonej jak kindżał fantazji. Wewnętrzne oko mrugnęło znacząco i otworzyło szeroko na nowe, nieziemskie światy a jaźń zyskała świadomość istnienia zjawisk, o jakich dotąd nie śniła. Dni rozpalały się jasną jutrzenką tysięcy sposobów na ekscytację blow jobem, kwitły trendami w strzyżeniu bikini, ciemniały nad rzeźbionymi krzemem wdziękami i zasypiały wraz z rychłym zmierzchem najnowszych tendencji w modzie. Noce jaśniały zorzą bankietów, blaskiem gwiazd sceny oraz odbitym w kieliszkach lans glamem. Zimy nie było. Przedwiośnia również. A tylko pachnące bzem maje i pełne słowiczych treli wywczasy. Całość opromieniała subtelna aura wystrojonego w muszkę królika…

 
Niestety, jak większość niewdzięcznych losowi prostaków już wkrótce prychnęłam wzgardliwie nad roztaczanym przede mną rajem i z arogancją praprzodka sięgnęłam po jabłko. Uznawszy pochopnie, że drukowane w kolorze stronnice nie mają już dla mnie tajemnic, smyrgnęłam do kąta rodzimą produkcją i zarzuciłam lekturę czasopism twierdząc buńczucznie, że treści mi zbrzydły, fotosy znużyły a gwiazdy z lekka przejadły. Że przegryziona dokładnie papka stała się nieco niestrawna a mózg mam stworzony do znacznie wyższego celu. Że w końcu czytanie publikowanych przez firmę sensacji nie leży w mych kompetencjach oraz – co gorsza – odciągać mnie może od spraw z natury doniosłych, niezwykle sierioznych i ważkich. Jak choćby przychód, zysk i EBITDA. O dywidendzie nawet nie mówiąc…

 
Miesiące mijały i nic nie wróżyło rychłego powrotu na czytelnicze łono aż do wizyty teściowej, której przybycie zaplanowałam uczcić kompletnym zestawem czasopism a w szczególności najnowszym numerem zaopatrzonej w torebkę „Olivii”. Znużona życiem otwarłam miesięcznik i – zaskoczona tematem – zapadłam się w treści. Profesor Beisert – poznańska psycholog – radziła bezradnym rodzicom co robić z przedszkolną ipsacją. I jak zniechęcać trzylatka do publicznego czochrania lemura…

Wstrząśnięta i nieco zmieszana domknęłam opadłą żuchwę by krok po kroku odkrywać, ile tajemnych rozkoszy minęło się ze mną w dzieciństwie. Rozładowanie stresu poprzez żłobkowy onanizm, zabicie nudy manipulacją w majteczkach i zawstydzanie dorosłych wsuwaną do pochwy łopatką. Publiczne pieszczenie krocza, speszone uwagi rodziców a nade wszystko rozrywka, rozrywka, rozrywka… Korzystna dla mego rozwoju, wyzwalająca ukryte emocje wspaniała alternatywa dla płaczu. Dająca niezwykłą szansę na lepsze poznanie siebie oraz szacunek dla ciałka – pierwszego przystanku do szczęścia.

Rzecz jasna istniało ryzyko, że rozpalona tą wczesną chucią zechcę zagłębić w waginie umorusany piaskiem patyczek a mało tolerancyjni dorośli zaczną mi zwracać uwagę. Że zamiast czytać Puchatka zacznę ugniatać pluszaka i wpadnę w szpony nałogu. Że w końcu, niezdolna do zabaw – innych jak tylko te solo – zostanę przedszkolnym odludkiem i siedząc na własnej pięcie kiwać się będę miarowo do rytmu „Starego niedźwiedzia”. Lecz zdaniem pani profesor nawet tak czarny scenariusz nie byłby przesadnie szkodliwy, a jego wpływ na me szczęście – kategorycznie nieznaczny. O ile, rzecz jasna, dorośli dostrzegliby w moim hobby normalny element rozwoju i delektując się faktem, że wzrastam na zdrową dziewczynkę, nie zniechęcali do praktyk Onana mieszczańskim poczuciem wstydu.

 
Złożywszy starannie „Olivię” zastanawiałam się chwilę nad światem oraz niezwykłym szczęściem znajomych, z których żadnemu nie trafił się jeszcze żłobkowy masturbator. Wszyscy znani rodzice sławili swoich potomków w kolejnych wzniosłych eposach, chwaląc intelekt, dobroć i wdzięki heroicznego dziedzica. Od brakujących przedziałek na skali Apgar ich dzieci dążyły w stronę geniuszu, pieniędzy i sławy mówiąc wierszyki, grając w tenisa i rozkminiając krzyżówki w Timesie. Niezwykle grzeczne, bystre i czyste spędzały godziny nad planszą szachów, laurką dla matki i Lego Technic. Wzorowe, paskowe, przykładne. Zawstydzająco święte.

Spojrzałam z szacunkiem na logo „Olivii” i uśmiechając się w duchu skinęłam z uznaniem naczelnej, redakcji i pani profesor, których odwaga biła na głowę Waleczne Serce.

 
Gdy kilka dni później wpadła Grażyna, tuż za nią z volvo wysypał się syn idealny. Odziany w koszulę i szorty na kantkę, w blezerku w serek i białych skarpetkach dygnął układnie i uścisnąwszy mą rękę spytał nieśmiało, czy może zostać w ogrodzie. Grażyna skinęła i popychając mnie lekko wtargnęła nerwowo do domu.
 

– Tylko Bronisław trzyma mnie w pionie! – jęknęła głośno i po godzinnym laniu pomyj na eksa zebrała ze stołu torebkę. – Gdyby nie syn, już dawno zabiłabym gnoja! Ale dla takich dzieci jak Bronek warto żyć na tym świecie! Ach, nawet nie wiesz, ile pociechy daje mi dziecko! Mój mały mężczyzna! Mój śliczny aniołek! Jest taki grzeczny, niezwykły i mądry! Chodzi na włoski, pływa jak ryba a do poduszki czyta Trylogię! I jako jedyny w klasie zna już na pamięć Mendelejewa!

 
Kiwnęłam z uznaniem uznając pierwiastki za zacny objaw geniuszu. Bo mimo lauru olimpiad chemicznych, darmowych indeksów na politechnikę i wielkiej miłości do związków węgla z wodorem i tlenem, nie spamiętałam do dzisiaj przebiegu tablicy. Wstyd był tym większy, że ośmiolatek znał też z pewnością symbol darmschtadtu…

 
Wyszedłszy na podjazd w asyście Grażyny spojrzałam na ogród nie kryjąc zdumienia. Świerki od frontu wieściły Wigilię a boski Bronisław formował właśnie girlandę z gazety. Worki na śmieci leżały wokół a wysypane ze środka śmieci zdobiły murawę jak mozaika. Na czubkach choinek chwiały się lekko zatęchłe puszki po whiskas, a całe gałęzie pstrzyły gustownie nadgniłe obierki marchwi. Pudełka po serkach robiły za bombki a folie spożywcze podarto w confetti. Całość zdobiły spinacze do prania, gdy to – zerwane z suszarki – fruwało radośnie za płotem przypominając stado latawców. Wyrwana żerdź płotu leżała przy ścianie a na kremowej połaci domu widniał bohomaz godzien Pollocka. Nerwowa kreska i wielka ekspresja uzasadniały spocone czoło Broneczka, który skłoniwszy się matce wytarł pośpiesznie resztki zgnilizny w nieupapraną wciąż jeszcze bramę i pomachawszy mi łapką poczłapał karnie do volvo.

Grażyna westchnęła i stojąc przy ścianie spłynęła rzewnymi łzami:
 

– Czy ty to widzisz? – spytała dyszkantem i pokazując na ogród stłumiła spazmy. – To wszystko przez NIEGO!

 
Mruknęłam zgodnie i licząc na pokaz rodzicielskiego moresu milczałam chwilę czekając na moment aż płacz ustąpi zasadnej wściekłości. Niestety…
 

– Psycholog mówi, że Bronek ma traumę… I że przechodzi kryzys wartości… Że przez ten rozwód i wszystkie stresy trzeba mu teraz prawdziwej rodziny. Spójrz na choinkę! Czy to nie straszne?! Jest przecież lato a on wciąż ma w głowie ostatnią wigilię bez ojca…

 
Wyjąwszy chusteczkę przetarła oczy i odwróciwszy wzrok w stronę ściany zawyła jak ranna hiena:
 

– A ten rysunek?! Krzyczy rozpaczą! Choć, mimo wszystko, widać w tym talent…

 
 
Gdy kilka chwil później w gumowym skafandrze służb sanitarno-epidemiologicznych zbierałam ze świerków gnijące odpadki, artykuł o masturbacji najmłodszych stanął przede mną jak żywy. A ja zyskałam pewność, że pani profesor mówiła prawdę: onanizm stanowił bezpieczne i nieszkodliwe rozładowanie emocji.

Nazajutrz rano wysłałam Grażynie najnowszy numer „Olivii”. Wraz z równie stosownym dla potrzeb kobiecych, wciąż ciepłym wydaniem „Cosmo”.

 
 

Reklamy