Kanta idealizm krytyczny

Wraz z nadejściem przedwiośnia i krystalicznym błękitem nieba nad Warszawą moje myśli odpłynęły w stronę ciepłych majowych wieczorów, złocących się na trawnikach mleczy i powiewnych sukienek w grochy, w których z wdziękiem Grace Kelly mknęłam kabrioletem ku zachodowi, roztaczając wokół oszałamiającą aurę kobiecości. Skryty pod przymkniętymi powiekami obraz pulsował rozgrzanym na skórze zapachem perfum, popołudniowym słońcem Riwiery i rozbuchanym erotyzmem dostępnym wyłącznie trzydziestolatkom. Całości dopełniała różowo-złota poświata włoskiego powietrza i rozkoszna świadomość stojących otworem bram świata, za którymi niecierpliwiło się już czekające na mnie szczęście.

Dotarłszy do przepełnionej kawiarniami promenady Sanremo wysiadałam właśnie z astona V8 Vantage S Cabrio – witana pełnymi aprobaty gwizdami włoskich milionerów – gdy ogarnęło mnie dojmujące przeczucie, że zapomniałam czegoś niezwykle istotnego, a moje samopoczucie jest niczym więcej jak chwilową beztroską nieświadomego. Rozsiewając zniewalające uśmiechy zajrzałam szybko do torebki, sprawdziłam istnienie ciemnych okularów na twarzy i uspokojona nieco obecnością wszystkich nieodzownych drobiazgów szykowałam się już do rozkołysania bioder w pełnym powabu chodzie, gdy wzrok osunął się na trzymającą kluczyk do auta dłoń i zamiast delektować rubinową czerwienią paznokci utknął u nasady serdecznego palca. Zakłopotana ukryłam dłoń przed czujnym okiem krążących wokół gładyszy, oni jednak zdołali już dostrzec odbicie światła i zniesmaczeni rozpierzchli się w poszukiwaniu kobiet bez zobowiązań, pozostawiając mnie na bezwzględną pastwę trwogi przed pierwszą od lat małżeńską wiosną.

 
Wytrącona brutalnie z marzycielskiego błogostanu odkleiłam przywierającą do spoconych pleców koszulę i ocierając z czoła zimny pot lęku podjęłam pierwsze od lat postanowienie poprawy. Skoro po długich latach biegania w kraśnym wianku zdecydowałam się w końcu porzucić zefirki, muszki i baranki dla twardego stąpania po ziemi, to czy nie było moim obowiązkiem oddanie się tej misji z należytym oddaniem? Czy nie powinnam – wzorem prawdziwych kobiet – zarzucić płoche myśli na rzecz rozumnej rutyny? Wyrzec się trzpiotctwa, zapuścić korzenie, spoważnieć i ustatkować? Czyż nie było moim obligiem postępowanie według mieszczańskich reguł, stosowanie do dobrych rad i światłych wskazówek i wprowadzanie w życie staropolskich przysłów o żonie-ozdobie? Otóż było! I skoro powiedziałam „taaaa…”, to należało również powiedzieć „beeee…”.

 
Pobieżna analiza sytuacji wskazywała jednoznacznie, że na pełną, małżeńską kobiecość przyjdzie mi nieco poczekać, a że termin dziewięciomiesięczny wydawał się zbyt odległą perspektywą, postanowiłam rozważyć inne, wypróbowane przez wszechświat strategie. Do sprawy należało podejść metodycznie, koncentrując wyłącznie na dobrze rozumianej trwałości związku, małżeńskim etosie i dobrodziejstwie domowego ogniska. Przestudiowawszy wszelkie dostępne źródła pisane, w postaci licznych tygodników poradnikowych, annałów Kafeterii oraz innych bezcennych forów, dokonawszy krytycznego przeglądu znanych z autopsji przypadków i wydusiwszy mroczne zwierzenia z zaprzyjaźnionych mężczyzn, doszłam do przekonania, że bycie żoną jest w gruncie rzeczy zadaniem prostym i przy odrobinie samozaparcia jestem mu w stanie podołać.

 
Pierwsza z dostępnych od zaraz opcji zakładała dostatnie życie, zadbane dłonie i mnóstwo wolnego czasu, który mogłabym poświęcić na niezłomne doskonalenie siebie. Zrezygnowawszy z pracy miałabym wreszcie pole dla nieskrępowanej twórczości i szansę na pełne obcowanie z wystawianą w warszawskich galeriach handlowych sztuką użytkową. Mogłabym zadbać o właściwą alokację pozyskiwanych przez męża zasobów, stworzyć imponującą kolekcję żeli do higieny intymnej, strojnych zatopionymi w wosku ziarnami kawy świec zapachowych oraz wazonów made by IKEA. Mogłabym nawet zaangażować się w działalność pro publico bono oddając swe ciało w darze którejś z renomowanych klinik chirurgii estetycznej. Chodzić na fitness, pić odchudzającą herbatkę pu-erh i dojść do maestrii w naklejaniu kryształów na tipsy. W zamian za ofiarowane mi tak szczodrze dobra Maciek zyskałby gwarancję czterech stosunków rocznie oraz call option na zakup dodatkowych po okazyjnej stawce torebka od Diora za każdy. Miałby również prawo do corocznego powiększania dysku komputera, posiadania kolekcji filmów w full HD oraz nieskrępowanej masturbacji pod prysznicem.

Niestety, mimo rozlicznych zalet analizowana gra małżeńska posiadała również istotne słabości, spośród których wieczorne migreny, dziesięciodniowe miesiączki oraz przewlekłe infekcje wydawały się najmniej dotkliwe. Uzyskanie właściwego efektu okupione zostałoby trwałym erotycznym niedosytem, koniecznością zapuszczenia sztucznych włosów i silikonowych piersi oraz – last but not least – zamienienia sportowego zawieszenia na bliską tony ładowność samochodu z kratką. Co gorsza, utrzymanie męża w permanentnym stanie zagłodzenia wiązałoby się na dłuższą metę z przymusem wyhodowania w pochwie licznych prokaryotes, które on mógłby z zapałem konsultować u czołowych znawców medycyny, leczyć przygotowywanymi mi ochoczo nasiadówkami oraz winić za rosnące ceny filmów porno.

Wszystkie te bolączki sprawiły, że po dokonaniu błyskawicznej analizy SWOT zdecydowałam się rozważyć drugą z oferowanych mi przez małżeński rynek możliwości. I choć ta nie posiadała tak oczywistych zalet, to również po stronie kosztów kształtowała się na poziomie znacznie mniej drastycznym. Jedynym, czego wymagała, było bowiem nabycie szybkowaru, maszyny do pieczenia chleba, licznych form i foremek oraz łóżka w rozmiarze dwa na cztery. A następnie zainwestowania sił w realizację wszystkich podpowiadanych przez Marthę, Nigellę i Julię Child dań – idealnych dla przebycia drogi z żołądka do serca.

Dzięki wdrożeniu tego rozwiązania otoczyłby mnie – niematerialny, ale jakże przyjemny! – nimb kobiety idealnej, żony karmiącej i gospodyni doskonałej. Podsuwając mężowi polane sutym sosem wysokokaloryczne dania wykazałabym wreszcie własną niezbędność a okazywane zza rosnącego brzucha wyrazy uwielbienia byłyby mi najwyższą nagrodą. Mogłabym również sprawować pieczę nad jego nadszarpniętym miażdżycą stanem zdrowia, zachęcać do pomiarów ciśnienia i cholesterolu oraz zapewniać, że przygotowana z troską o jego formę dietetyczna ryba na parze waży dokładnie kilogram, czyli tyle, ile ciężko pracujący mąż powinien spożyć przed spaniem. Dzięki zastosowaniu tanich produktów nasz domowy budżet nie cierpiałby przesadnie, co dodatkowo utwierdziłoby Maćka w przekonaniu, że jestem kobietą zapobiegliwą i gospodarną. Tezę tę potwierdzałyby zresztą nabywane przeze mnie w sklepach XXL ubrania – praktyczne, luźne i bardzo dalekie od typowej dla włoskich designerów cenowej ostentacji. Dzięki sytemu rozleniwieniu wiedlibyśmy życie spokojne i godne a ja mogłabym uwolnić się od anorektycznych zapędów i uczestniczyć w kulinarnych orgiach nie tylko jako mistrz ale i członek ceremonii. Na tle mężowskiego ciała moja stukilogramowa figura wciąż prezentowałaby się bowiem jak niezwykle zwiewna silhouette i nie stanowiła najmniejszej przeszkody w realizacji innych małżeńskich powinności, które – nota bene – straciłby wiele na atrakcyjności, w związku z wywoływaną gwałtownie zadyszką i charakterem napotnym. Mimo rosnących przerw we współżyciu mogłabym jednak spać spokojnie wiedząc, że przejedzenie nie idzie w parze z wysokim libido i mąż nie zamieni mej pieczeni z ligawy na wątpliwą przyjemność ciupciania na boku. Jaka zresztą kobieta dałaby się uwieść mężczyźnie o współczynniku CX bliskim zeru…?

Niestety, mimo rozlicznych zalet strategii i niewątpliwej trwałości jaką nadałaby ona naszemu małżeństwu, wciąż nie byłam przekonana, czy jestem gotowa pożegnać arystokratyczną chudość Maćka i przyjąć pod dach nowy model pancernika Potiomkin. Co gorsza, zakorzeniony głęboko egoizm stawiał potężny znak zapytania nad moją wytrwałością w ponczowaniu ciast, nadziewaniu drobiu i przecieraniu zasmażek, a upodobanie do rozmiaru XS czyniło ostateczną decyzję nad wyraz trudną.

 
Z uwagi na dobro męża oraz mając w pamięci składane na ołtarzu przysięgi postanowiłam jednak dokonać wyboru zanim nadejście wiosny zagrozi trwałości małżeństwa. Wytypowana do roli decydenta złotówka pomknęła pod sufit, zawirowała w powietrzu i spadła. Na kant.

 

Reklamy