W okresie późnojesiennym samice homo sapiens wpadają w stan zbliżony swymi zachowaniami do okresów godowych obserwowanych u innych gatunków ssaków. Bezdzietne i niepracujące żony swoich mężów oraz kobiety podpierające normalnie obwieszające ich ramiona dorodne samce o szerokich karkach odrywają się w tym okresie od swoich normalnych zadań i rozpoczynają okres miejskich migracji. W dużych skupiskach ludzkich, zwłaszcza na terenach urbanistycznych o wysokim zagęszczeniu, kierują się zwykle w stronę świateł, które bezbłędnie naprowadzają je na miejsca gdzie inni przedstawiciele gatunku homo sapiens oferują – w zamian za kawałki papieru lub okrągłe metalowe krążki – błyszczące paciorki, tanią acz kolorową konfekcję z rejonów o niższym poziomie rozwoju ewolucyjnego bądź też inne przedmioty o znikomej wartości użytkowej…

Wraz z nadejściem przedwiośnia i krystalicznym błękitem nieba nad Warszawą moje myśli odpłynęły w stronę ciepłych majowych wieczorów, złocących się na trawnikach mleczy i powiewnych sukienek w grochy, w których z wdziękiem Grace Kelly mknęłam kabrioletem ku zachodowi, roztaczając wokół oszałamiającą aurę kobiecości. Skryty pod przymkniętymi powiekami obraz pulsował rozgrzanym na skórze zapachem perfum, popołudniowym słońcem Riwiery i rozbuchanym erotyzmem dostępnym wyłącznie trzydziestolatkom. Całości dopełniała różowo-złota poświata włoskiego powietrza i rozkoszna świadomość stojących otworem bram świata, za którymi niecierpliwiło się już czekające na mnie szczęście…

We wczesnym, przedszkolnym jeszcze dzieciństwie stanowiłam przyczynę licznych zgryzot wychowujących mnie Dziadków, którzy frasobliwie spinali brwi i wzdychali pod nosem za każdym razem, gdy udało im się przyłapać mnie na zabawach nielicujących z płcią i elegancją dziedziczki. Bolesna troska, jaką mnie otaczali była tym głębsza, że całe miasto podejrzewało, że jestem późnym owocem ich namiętności a wygłaszane przez Babcię dementi traktowane było jak całkowita, choć skądinąd urocza, ściema.