W pierwszym tygodniu kwietnia Ojciec skończył sześćdziesiąt lat a ja uświadomiłam sobie w pełni bolesną nieuchronność przemijania. Z każdym dniem kolejne komórki obumierały, metabolizm spowalniał a ciało zasuszało się na kształt pomarszczonego pergaminu, którego nie były już w stanie wygładzić najdroższe nawet kremy. W oczach nie było już tego blasku, włosy matowiały a chód stawał coraz mniej sprężysty. Poranne wstawanie było spowolnione, czas reakcji wydłużał się a perspektywy karlały. Do szans na zostanie śpiewakiem operowym, dowódcą wojsk lotniczych czy kardiochirurgiem – które od lat były zerowe – teraz doszusowała niemożność uzyskania profesury, zarobienia okrągłego miliarda i trafienia na okładkę Time’a. Ojciec co prawda trzymał się świetnie, ale…

Z początkiem roku życie towarzyskie zamarło i przytłoczone zaokienną szarugą dogorywało powoli ograniczając swe podrygi do portali społecznościowych i służbowych spotkań. Zniechęcone brakiem gości warszawskie kawiarnie zakręciły kaloryfery, co ostatecznie przepędziło ostatnich, okutanych w kufajki klientów i sprawiło, że obsługa snuła się drętwo pomiędzy pustymi stolikami próbując ogrzać nieco w wymuszonym ruchu. Pokryte śniegową mazią ulice straszyły brudem i przywodziły na myśl kultowy przebój Kultu a sine szyby biurowców przepuszczały coraz mniej światła sprawiając, że uwięzieni w openspace’ach szarzeli jak pozbawione słońca rośliny…

Kiedy Mirek Barszcz opublikował na facebooku informację o nabytym właśnie Lamborghini, w cyberprzestrzeni zawrzało. Cała Polska zintegrowała się w zgodnej krucjacie przeciwko pasącym się z podatków urzędasom o obwisłych brzuchach i wartych miliony majątkach, żądając głowy i konfiskaty mienia dawnego podsekretarza stanu w ministerstwie – nomen omen – finansów…