Anna w Krainie Czarów

W momencie zakontraktowania książki otworzyła się przede mną nowa, nieznana mi wcześniej rzeczywistość. I choć nie miałam jeszcze wtedy o tym pojęcia, podpisanie umowy było niczym królicza nora, która wciągnęła mnie w swoje bezkresne korytarze, porwała w nieznane i wyrzuciła w tajemniczej krainie czarów, gdzie nie działały prawa fizyki ani logika znana powszechnie pod nazwą zdrowego rozsądku. Pierwsze cuda i objawienia zaczęły mieć miejsce nim jeszcze nakład dotarł do księgarń a ja, obserwując je ze zdumieniem, zastanawiałam się momentami, czy nie zażyć tabletki pomniejszającej, która uczyni mnie niewidoczną dla innych i zetrze z twarzy rumień zażenowania. Lecz nie uprzedzajmy faktów…

Jak dobrze wiecie przez długie lata pracowałam w wydawnictwie prasowym, które lubiło o sobie mówić, że jest wydawcą miesięczników luksusowych i opromieniało nas wszystkim blaskiem bijącym od ubranego w muszkę królika oraz szlafroka ojca-założyciela. Przepych był w tym wypadku bardziej kwestią rozbuchanej wyobraźni nieznających realiów klientów, niż faktem. Nikogo to jednak nie obchodziło. Zwłaszcza bijących tłumnie na nasze eventy bywalców czy przeskakujące przez płot Pałacu Zamoyskich słoiki, pragnące choć jeden raz w roku zanurzyć się w niedostępnym dla pospólstwa luksusie.

Przez dziewięć kolejnych lat pełniłam na naszych imprezach funkcję techniczno-ozdobną, adorując zaproszonych gości, w szczególności zaś wysokiego szczebla pracowników departamentów bankowości korporacyjnej i analityków kredytowych, od których zależało nasze być albo nie być. Celebryci nieszczególnie mnie pociągali pozostawiając z reguły wiele do życzenia, jeśli chodzi o jakość rozmowy, inteligencję oraz obycie. Zresztą, w czasie gdy ja załatwiałam finansowanie kolejnych wydań „luksusowych czasopism”, oni też mieli swoje zadanie. Zbliżone do tego, za które płaciliśmy pensje naszym hostessom (z tą tylko przecudną różnicą, że wykonywane przez nich pro bono); wolne od wstydu i zażenowania prężenie muskułów na ściankach i uwodzenie reklamodawców. Darmowy PR na wszystkich portalach plotkarskich.

Odejście z wydawnictwa zwolniło mnie z obowiązku pracy na organizowanych przez nie popisach, co przyjęłam z dużą ulgą, bo z roku na rok uzyskanie kredytowania stawało się coraz trudniejsze. Wolna od uciążliwego obowiązku i podekscytowana myślą o wspaniałym wieczorze udałam się zatem ku ogrodom Foksalu, pewna że czeka mnie miły czas w towarzystwie dawnych kolegów i niegdysiejszych partnerów w biznesie. Wieczór relaksu, plotek, drwin z cudzych kiecek i okraszającej to wszystko obmowy. Cudowny, prosty, przepyszny. Niestety, myliłam się gorzko. Bankierzy profilaktycznie nie przyszli a dawni koledzy omijali mnie szerokim łukiem, gdyż doskonale wiedzieli, że nawet krótka rozmowa może im ściągnąć na karki gniew menedżmentu i podejrzenie o niecne konszachty. Uzasadnione, rzecz jasna, gdyż moja zdolność kaperowania najlepszej kadry była już legendarna i zaskarbiła mi nie tylko niechętny szacunek aktualnego zarządu lecz również serdeczne życzenia bolesnej śmierci.

Samotna i porzucona przez dawnych przyjaciół trafiłam w bezkresny tłum celebrytów, reklamodawców i hostess bez cienia wsparcia czy życzliwości. Liczyłam w duchu, że może cudowny przypadek pozwoli mi odnaleźć innych alumnów, ale niestety, wszystko wskazywało na to, że podobnie jak ja, dezintegrowali się właśnie w otaczającej nas intelektualnej próżni. Czułam to teraz wyraźnie: moje czoło traciło w tym miejscu swoją normalną gęstość. Przerażona myślą, że elektrony umykają mi z mózgu i rozpraszają się bezpowrotnie, ukryłam się w zakamarku tarasu i z kieliszkiem w dłoni próbowałam przetrwać choć pół godziny, po której, zachowawszy minimum pozorów, mogłabym się po angielsku oddalić. Wystarczyło przeczekać aż szturmująca wejście falanga wedrze się w końcu do środka, a potem wymknąć, przemknąć chyłkiem i boczkiem i w końcu wyskoczyć za bramę. Wprost do pierwszej stojącej na Foksal taksówki.

Uzbrojona w postanowienie ucieczki oraz kieliszek wina, stałam sobie cichutko w kąciku, gdy nagle, znienacka, dopadła mnie Anna.

– Ach! Tutaj jesteś! Chodź! Chodź koniecznie! Muszę cię komuś przedstawić!

Głos Anny nie pozostawiał miejsca na negocjacje ani pytania, więc ruszyłam za nią powoli odkrywając ze zdumieniem, że wiedzie mnie w stronę stojącej w VIP-Roomie grupki prezenterów telewizyjnych, gwiazd polskich seriali, komików, koryfeuszy estrady oraz pań, których twarze znałam z Pudelka i znikąd więcej. Ucałowawszy się z nimi kordialnie Anna – z właściwą sobie swobodą oraz urokiem – zaczęła przedstawiać mnie wszem i wobec:

– Ania Zacharzewska, CFO największej i najbardziej innowacyjnej…

Zanim skończyła w VIP-Roomie zapadła cisza. Anna uśmiechnęła się szeroko, przekonana, że jest to wynik wrażenia, jakie moje tytuły wywarły na wszystkich obecnych i dopiero gdy usta stojących najbliżej skrzywiły się w lekkim zdegustowaniu pojęła swój błąd. Nikt tutaj nie szanował pieniądza, bo wszyscy mieli go nadto. A innowacja, kreacja, media i technologia? To wszystko były banały. Tym bardziej nużące, że poprzez moją osobę związane teraz z czymś równie niegodnym, knajackim i parweniuszowskim jak kasa.

Kiedy najbliżej stojący zaczęli odsuwać się od nas w obawie, że moje nudziarstwo zarazi ich i pozbawi boskiego glamouru, Anna – wznosząc głos do najwyższej oktawy – ryknęła donośnie:

– Wydaje powieść!

Stojący najbliżej satyryk odwrócił się w naszą stronę a znana z siedzenia przy kwiatku pani z telewizora zbliżyła z wyraźną chęcią wręczenia mi wizytówki. Pozostali znów przerwali rozmowy i przyglądali mi się teraz z wyraźnym zaciekawieniem.

– Och, jaką książkę?! – satyryk wpił się w moje przedramię i szarpiąc mnie lekko żądał wyjaśnień.

– Powieść! Wspaniałą, cudowną wprost powieść! – Anna rozgrzewała się szybko. – Mam tutaj projekt okładki!

Prezenterki, speakerki, modelki i czirliderki zebrały się tłumnie koło niej i oglądały z wyraźnym zachwytem prezentowaną na iPhonie grafikę. Satyryk pochylił się lekko i rzucił okiem.

– Zacna – mruknął niechętnie. – Mnie nikt nie chce wydać…

Jak to zrobiłaś? O czym jest powieść? Kiedy będzie w sprzedaży? Czy będzie audiobook? Kto będzie go czytał? Czy może kobieta? Planujesz ekranizację? Jest już gotowy scenariusz? Ile procent tantiemów dostaje się teraz z powieści? Są tłumaczenia…? – Pytania zalały mnie jak rzeka, podobnie jak płynący zewsząd zachwyt. I przez ułamek sekundy było mi nawet miło. Aż do momentu, kiedy wspomnienie grymasu zdegustowania na twarzach nadskakujących mi teraz osób przebiło się na wierzch obecnej euforii. Opuściłam imprezę bez zbędnej zwłoki. Ja, czterdziestoletnia kobieta z piętnastoletnim doświadczeniem w finansach. Pisarka in spe. VIP-roomowa celebrytka.

183986248Przez kilka tygodni sądziłam, że wydarzenia tamtego wieczoru miały wartość precedensową. Aż do czasu, gdy znów miałam szansę pobywać. Za każdym razem było tak samo. Kompletny brak zainteresowania, zdegustowanie, rodzaj protekcjonalnej pogardy a nawet uwagi o nudzie mojego zawodu. Informacja o książce, skupienie i aplauz. Niezadający pytań, wolny od wątpliwości i jakichkolwiek zastrzeżeń. Teoria względności zastosowana w praktyce. Od zera do milionera. Feniks z popiołów. Reinkarnacja w wyższą formę istnienia. Ja, Anna. Wyniesiona kilkoma tonami papieru na wyższy poziom rozwoju. Niespodziewanie przeobrażona z nudnej we frapującą. Magiczna kocica z Cheshire.

Po kilku razach zaczęłam się przyzwyczajać. Cóż, może faktycznie biznes był nudny jak flaki z olejem a ja stałam się obiektem wartościowym dopiero w dacie wydania książki? Może cała reszta mojego życia psu była na buty i liczyło się tylko te kilkadziesiąt tysięcy wyrazów? W pewnym sensie byłoby to nawet urocze w świecie konsumpcji i uwielbienia dla kasy. Artysta doceniony. Nie prostytutka lecz geniusz. Wzniesiony na wyżyny przez sam tylko fakt swojej twórczości. Budujący pomnik trwalszy niż ze spiżu. Obiekt podziwu płynący na fali własnego fenomenu… No, sami wiecie – cały ten horacowski bzdet o nieśmiertelności.

Jak zawsze tak i tym razem mój optymizm okazał się jednak przedwczesny. Kraina czarów okazała się znacznie bardziej posępna i mroczna, niż wyglądała z pozoru a zaludniający ją literaci nie tylko pasowali do diagnozy Kazika Staszewskiego, lecz również budowali swe posągi z materii mocno przyziemnej. Nie byłam pewna, czy bardziej przypomina ona spiż, czy raczej budulec typowy dla chatek masajskich w Afryce.

Obserwując – nagle jako insider – rynek księgarski dostrzegłam ze zgrozą powszechny fakt korumpowania przez autorów szerokiej rzeszy blogerów, pochlebców na zamówienie i literackich „krytyków”, których recenzje – nie krótsze niż pięćset znaków i zawierające z reguły obszerne cytaty i informację o twórcy – pojawiały się jak grzyby po deszczu nie tylko na blogach i dedykowanych portalach lecz również we wszystkich internetowych księgarniach. Zawsze łatwe do wyłowienia gdyż tworzone metodą właściwego zestawiania słów kluczowych dla googla. Panegiryki takowe autorzy powielali następnie na swoich fanpage’ach masturbując się nimbem swej opłaconej gotówką sławy i wprawiając mnie w wielkie zdumienie nie tyle własną kondycją moralną lecz naiwnością. Ich zachwyty były tak gromkie, tak entuzjastyczne, tak owacyjne, że przez moment zastanawiałam się nawet, czy nie jest to spisek makiawelicznych wydawców. Opłacających pseudo krytyków ze swojej marketingowej kieszeni i trzymających autorów w mrokach typowych dla tabakiery. Może mnie nie ważyli się tak promować z uwagi na pracę i znawstwo tematu? Może uznali, że jeśli zrobią to z moją książką, to spisek się wyda i wszyscy oszukiwani latami pisarze rzucą się z okien nie będąc w stanie udźwignąć własnej miernoty? Przez moment wydawało się być to jedynym racjonalnym uzasadnieniem. Lecz tylko przez chwilę, gdyż jak pewnie raczyliście zgadnąć znów srodze się pomyliłam…

Przeglądając zapowiedzi książkowe w empiku w niecierpliwym oczekiwaniu aż pojawi się w nich okładka mej książki poznałam kalendarz wydawniczy tego sezonu i listę pozycji ukazujących się w tym samym, co moja książka terminie. Benczmark i punkt odniesienia. Idealny sposób na określenie własnej sytuacji na rynku. Plus zwykła zawodowa ciekawość.

Strzał z pistoletu, drukarnia, poszli!

Ruszyła przedsprzedaż. Najpierw merlin i Matras, na końcu empik. Promocja cenowa, bo przecież nowość i nikt jeszcze nie zna jakości.

I nagle…

CUD, PANIE KOCHANY! Cud na miarę najświętszej panienki na szybie i sensacyjnych doniesień typowych dla Superexpressu! Dziw ponad dziwy!

Zgadniecie?

W życiu! Toż nawet Einstein by nie zgadł, że czasoprzestrzeń tak mocno może się prężyć!

Są oto pierwsze recenzje! Blogerzy ruszyli i piszą peany pochwalne na dwa tygodnie przed datą wydania dzieła! Ba! Cud jest większego kalibru! Przed datą wyjścia książek z drukarni!

Przyglądam się obrastającym recenzjami pozycjom w przedsprzedaży i oczom własnym nie wierzę. To nie wydawcy! Nikt z krztyną rozsądku nie wysłałby nigdy utworu przed jego premierą na rynku. A zwłaszcza książki w formie elektronicznej. A zatem jednak autorzy…

 
z7479005Q,Alicja-w-Krainie-CzarowRozentuzjazmowana odkryciem nowej teorii względności – odnoszącej się już obecnie nie tylko do tego kim sama jestem, ale również do czasu w jakim przyszło mi istnieć (a jestem, Moi Kochani, spóźniona przynajmniej o miesiąc!) – zaczynam dalsze eksploracje i szukam pierwszych recenzji książki, której jeszcze nie ma w sprzedaży. Nie jest to szczególnie trudne zadanie. Autorka informuje o niej ochoczo na swojej stronie internetowej. Okraszając całość pierwszym projektem okładki i informacją, że tekst nie jest jeszcze zredagowany. Na dwa miesiące przed wejściem do księgarń i zanim książkę przeczytał wydawca. Cud, szok czy kpina? Żart z czytelników czy może z wydawcy? Nie wiem co sądzić…
Mijają kolejne dwa tygodnie. Moja książka leży na półkach otoczona swoimi konkurentkami. Wszystkie są ciepłe, nowe i świeże. „Morfina” jako jedyna nie ma na razie recenzji. I jest debiutem. Poza tym wszystko w porządku. Pniemy się powoli na stronie empiku. Trafiamy z mozołem na listę najlepiej sprzedających się książek. Egzemplarz za egzemplarzem poprawiamy z trudem swe notowania. Benczmark wypada na naszą korzyść. To dziwne, nieprawdaż? Też się nie spodziewałam. Choć oczywiście miałam nadzieję. Zaczynam myśleć nieśmiało, że napisałam porządną książkę. Podoba się ludziom. Kupują. Recenzje też niezłe, choć całkiem za friko.

Czuję się świetnie aż do momentu, gdy w Sieci odkrywam pełen zgorszenia post oburzonej autorki. Jak można ją było tak podle oszukać?! Przecież wysłała te sto pe-de-ef-ów swej nowej powieści blogerom nie po to, by piratowali, tylko by mogli się nią zachwycać! A oni? Niewdzięczne gady, kaperzy, podli padlinożercy! Skopiowali i rozesłali! Ona wie to na pewno, bo sprzedaż idzie za słabo! I nie ma na pewno innej przyczyny jak ta, że skradli jej utwór! Przecież recenzje na blogach i w internetowych księgarniach mówią same za siebie! Stworzyła dzieło fenomenalne! Wilde, Tołstoj, Dostojewski, Llosa, Hemingway, Pasternak. Beckett, Neruda i Sołżenicyn. Miłosz, Szymborska, Jedlinek. Pismaki i wierszokleci. Tandetne odbicia jej boskiego geniuszu. Żadne nie miało takich świetnych, obszernych recenzji! Więc jeśli nie sprzeda, to pozwie blogerów!

Łykam tabletkę pomniejszającą (ból głowy) i sięgam na półkę z książkami.
Teoria względności czy może raczej siedmiotomowy cykl Prousta?
Ktoś mi podpowie, gdzie znajdę klucz do zagadki?

10804698_2

Photos: Tim Burton’s Alice in Wanderland 2010 (c) Walt Disney Pictures

Reklamy