Przyłapuję się na tym, że od ponad miesiąca odpowiadam wciąż na te same, powtarzające się jak mantra pytania. Czy „Hodowca świń” jest zapisem moich osobistych doświadczeń? Czy pisząc go czerpałam garściami z otaczającej mnie rzeczywistości? Czy mam swój odpowiednik w powieści, a jeśli tak, to który z bohaterów jest zamaskowaną mniej lub bardziej skrzętnie Zacharzewską? Czy rzeczywiście jest tak, że zespoły zarządzające firm – nie tylko wędliniarskich – chodzą ubroczone po uda w posoce zakatowanych katorżniczą pracą podwładnych? Czy korpoświat jest niczym więcej niż opanowanym przez świnie orwellowskim folwarkiem…?

Reklamy

Działał niczym Zodiak, Hansen lub Watts – podniecony polowaniem na swoje ofiary, poszukujący emocji płynących z wywoływanego przez siebie terroru, obserwujący je godzinami i odraczający moment, w którym zakończy ich życie, bo to ostatecznie kończyło zabawę. Podobnie jak tamci, on też ekscytował się lękiem, jaki budził w ofiarach. Jeśli wciąż jeszcze przekonywał samego siebie, że robi to z innych pobudek niż uwielbienie dla strachu, to kwestią czasu był moment, gdy przestanie się okłamywać i zapragnie czegoś więcej niż samej tylko obserwacji wywoływanego popłochu.

W momencie zakontraktowania książki otworzyła się przede mną nowa, nieznana mi wcześniej rzeczywistość. I choć nie miałam jeszcze wtedy o tym pojęcia, podpisanie umowy było niczym królicza nora, która wciągnęła mnie w swoje bezkresne korytarze, porwała w nieznane i wyrzuciła w tajemniczej krainie czarów, gdzie nie działały prawa fizyki ani logika znana powszechnie pod nazwą zdrowego rozsądku…

W tamtych czasach, przyglądając się życiu moich znajomych, zastanawiałam się czasem, czy wszystkie małżeństwa tak wyglądają, czy sprowadzają się do nieustannej batalii z partnerem. Czy moje koleżanki z pracy też się tak szarpały? Niektóre na pewno.
Chodziłyśmy wtedy wszystkie w tanich garniturach z poliestru i sweterkach z anilany. Miałyśmy przetarte skarpetki, puszczającą na szwach tanią bieliznę i zestawy najpodlejszych kosmetyków kupowanych w przejściach podziemnych. I z jakichś niezrozumiałych do dzisiaj powodów wszystkie farbowałyśmy włosy nad wanną. Tak jakby platynowy blond marki Schwarzkopf mógł choć trochę ożywić nasze poszarzałe życia…”