„Na morfinie”

…W tamtych czasach, przyglądając się życiu moich znajomych, zastanawiałam się czasem, czy wszystkie małżeństwa tak wyglądają, czy sprowadzają się do nieustannej batalii z partnerem. Czy moje koleżanki z pracy też się tak szarpały? Niektóre na pewno.

Chodziłyśmy wtedy wszystkie w tanich garniturach z poliestru i sweterkach z anilany. Miałyśmy przetarte skarpetki, puszczającą na szwach tanią bieliznę i zestawy najpodlejszych kosmetyków kupowanych w przejściach podziemnych. I z jakichś niezrozumiałych do dzisiaj powodów wszystkie farbowałyśmy włosy nad wanną. Tak jakby platynowy blond marki Schwarzkopf mógł choć trochę ożywić nasze poszarzałe życia.

Pamiętam, jak w ramach budowania naszych profesjonalnych wizerunków firma inwestowała w warsztaty ze stylistami, fryzjerami i makijażystami. Zapraszali nas do pokoju, jedną po drugiej, i w milczeniu przyglądali naszym tandetnym garsonkom, tanim oprawkom od okularów i nieudolnym makijażom. Zblazowani i pozbawieni empatii czasem próbowali coś życzliwie podpowiedzieć, czasem uśmiechali się tylko drwiąco, wzruszali ramionami i nie odzywali się ani słowem, uznając nas za przypadki beznadziejne i niegodne ich uwagi. Bo przecież takie właśnie byłyśmy. Dla nich, dla starszych kolegów i naszych mężów. W końcu również dla nas samych.

Wychodziłyśmy kolejno z pokoju estetycznej cenzury jeszcze bardziej zagubione i niepewne siebie niż wcześniej. Jeszcze mniej warte. Teraz nasza życiowa beznadzieja – oceniona przez szlachetne grono wymagających krytyków – była jeszcze bardziej dojmująca i bolesna. Bo o ile wcześniej nie miałyśmy czasu zwracać na nią uwagi, o ile do przodu parła nas ambicja i desperacja, o tyle teraz ocena na świadectwach była jednoznaczna. Bardzo czarna na białym połyskliwym tle eleganckiej reszty Warszawy.

Przez pierwsze dwa lata w tym mieście walczyłyśmy o przetrwanie – uwięzione w zapyziałych, wynajętych kawalerkach, marznące na przystankach tramwajowych, wybierające zawsze najbardziej odporne na wiosenną niepogodę trzewiki o grubych podeszwach i wełniane płaszcze do połowy łydki, dzięki którym nasze spodnie z szarego poliestru były mniej obryzgane ulicznym błotem. Starsi stażem koledzy podśmiechiwali się z naszych tanich koszul ze sporą domieszką tworzywa sztucznego, na których dopiero po pierwszych pięciu praniach znikały ślady po szpilkach. A my nie do końca rozumiałyśmy jeszcze wtedy, o co im chodzi i co może być złego w dwupakach krawatów z marketu. Byłyśmy normalne, niezepsute sukcesem i bardzo go głodne. Uważałyśmy na szkoleniach, cyzelowałyśmy raporty i za każdym razem, gdy menedżer poprawił je nam na czerwono, przeżywałyśmy gorzką chwilę upokarzającego zawstydzenia. Byłyśmy ambitne, zaangażowane i pracowałyśmy ciężko. Myślę, że zdecydowanie ciężej niż nasi koledzy. Nie miałyśmy nic, a chciałyśmy wszystko. Marzyłyśmy o awansie, szkoleniu w Bostonie, własnym mieszkaniu, samochodzie oraz szczęśliwym małżeństwie. Dostawałyśmy z reguły tylko pierwsze cztery z tej listy. Bo w naszych siermiężnych mieszkaniach rzadko rezydowali mężczyźni rozumiejący nasze aspiracje i naszą codzienną walkę. Niektórzy z nich zajęci byli własną karierą, inni – jak Marek – rozpieszczeni przez życie i niezachwiani w swojej pewności siebie, nie aspirowali do niczego, sądząc, że im się zwyczajnie należy. Ci pierwsi dawali minimum szansy na zrozumienie tego, z czym każda z nas boryka się każdego dnia. Ale oni mieli własne pola bitew, własne ambicje i wielką zaciekłość w pokonywaniu kolejnych szczytów. I podobnie jak faceci, którzy byli ich przeciwieństwem, oni też byli nami zniecierpliwieni.

W czasach konsultanckich moją najbliższą koleżanką była Agata. Z tej samej krakowskiej uczelni, przyjęta do tego samego działu doradztwa strategicznego. Była moją kalką. W równie tanich ubraniach, z tą samą farbą do włosów i zaimportowanym do Warszawy mężem. Rozumiała mnie, bo sama miała identyczną historię i takie same problemy. Chodziłyśmy razem na lancze i przerwy do Parku Świętokrzyskiego. Na wyjazdowych szkoleniach dzieliłyśmy z sobą pokój, gadałyśmy o pracy, kolegach z piętra, ciuchach i kosmetykach. Nigdy o mężczyznach. O tym, że Agata rozwiodła się ze swoim mężem, dowiedziałam się krótko po swoim rozwodzie. Nie musiałam pytać dlaczego.

Kiedy kilka lat później spotkałyśmy się na jakiejś imprezie – obie w aurze zawodowego sukcesu i w nowych udanych małżeństwach – Agata wciąż przypominała mnie. Lepiej opakowaną, ale wciąż walczącą kobietę. Różnica polegała na tym, że teraz nie musiałyśmy przeliczać zawartości koszyka w Tesco przed podejściem do kasy, a nasza życiowa batalia ograniczała się wyłącznie do pól bitewnych w pracy. Nasi drudzy mężowie też byli do siebie podobni. Tak samo jak pierwsi…

 

Bez tytułuFragment powieści „Na morfinie”
2015 (c) Anna Zacharzewska
Wydawnictwo Pascal

kup online

 

Reklamy