Przyłapuję się na tym, że od ponad miesiąca odpowiadam wciąż na te same, powtarzające się jak mantra pytania. Czy „Hodowca świń” jest zapisem moich osobistych doświadczeń? Czy pisząc go czerpałam garściami z otaczającej mnie rzeczywistości? Czy mam swój odpowiednik w powieści, a jeśli tak, to który z bohaterów jest zamaskowaną mniej lub bardziej skrzętnie Zacharzewską? Czy rzeczywiście jest tak, że zespoły zarządzające firm – nie tylko wędliniarskich – chodzą ubroczone po uda w posoce zakatowanych katorżniczą pracą podwładnych? Czy korpoświat jest niczym więcej niż opanowanym przez świnie orwellowskim folwarkiem…?

Reklamy

W momencie zakontraktowania książki otworzyła się przede mną nowa, nieznana mi wcześniej rzeczywistość. I choć nie miałam jeszcze wtedy o tym pojęcia, podpisanie umowy było niczym królicza nora, która wciągnęła mnie w swoje bezkresne korytarze, porwała w nieznane i wyrzuciła w tajemniczej krainie czarów, gdzie nie działały prawa fizyki ani logika znana powszechnie pod nazwą zdrowego rozsądku…