Mineta International Airport

Zgodnie z przepowiednią Marty telefon od Turka otworzył jesienną puszkę Pandory a nas zalewać zaczęły liczne wiadomości od dawno nie widzianych ‘narzeczonych’. Pozdrowienia, zaproszenia na kawę i pytania o jakość samopoczucia z dnia na dzień stawały się coraz bardziej rzęsiste, aż w końcu przebiły skalą wrześniową falę opadów podtapiając nasze aktualne związki i sprawiając, że z trudem łapałyśmy oddech nad burzliwą taflą wody. W końcu, przyparte do stromej ściany klifu agresywnym atakiem bałwanów, zdecydowałyśmy się na trudy emigracji licząc na to, że odległość zamortyzuje potencjalny gniew Turka, Grażyny i batalionu odrzuconych. Wyposażywszy koleżankę w przewodnik po Paryżu, trzy komplety wyuzdanej bielizny i powiększoną paczkę durexów uznałyśmy, że nadszedł właściwy moment na wyłączenie komórek i ewakuację z kraju. Niecałe trzy dni później, gdy Grażyna lądowała szczęśliwie na de Gaulle’u, Marta zajęta już była pakowaniem walizek a ja przesiadałam się we Frankfurcie w samolot do Denver.

Kiedy boeing 747 wypełnił się po brzegi i ogłoszono koniec boardingu, odetchnęłam głębiej i uśmiechając się do siedzącego obok Maćka westchnęłam z ulgą, licząc naiwnie, że drastyczna zmiana strefy klimatycznej i czasowej uwolni mnie skutecznie od sentymentalnej jesiennej aury. Niestety, jak zwykle w przypadkach, gdy w grę wchodzili niepoddający się rozumowej analizie mężczyźni, tak i tym razem czekał mnie zawód…

Samolot wciąż jeszcze kołował po płycie lotniska, gdy ubrana w granatowy kostium stewardessa podeszła do nas z kieliszkami szampana i przywitawszy się uniżenie z Maćkiem zwróciła do mnie:
 

Mrs Sakerevska! We are very happy to welcome you on our Lufthansa flight!

 
Uśmiechnęłam się uprzejmie i kierując wzrok na otwartą w międzyczasie książkę wróciłam do lektury.
 

You have a very difficult name! – głos niemieckiej walkirii podniósł się wyraźnie, by zagłuszyć narastający huk silnika. – Sakarevska? Isn’t it? – ryknęła jeszcze głośniej. – Sakasevska? How do you pronounce it?

 
Podniosłam wzrok i wbijając w nią zniecierpliwione spojrzenie mruknęłam niedosłyszalnie.
 

Oh! Zakazevska! – krzyknęła w odpowiedzi a siedzący wokół pasażerowie zaczęli coraz baczniej mi się przyglądać. – It’s very difficult! – uśmiechnęła się radośnie. – But probably everybody tells you that… Zakazevska! – powtórzyła z dumą raz jeszcze przekrzykując silnik i wyświetlane na monitorach instrukcje użycia masek tlenowych.

 
Kiedy samolot wzniósł się na wysokość przelotową z fotela dwa rzędy przed nami poderwała się męska sylwetka i rozglądając czujnie po pasażerach ruszyła w naszą stronę.
 

– Ach! Więc dobrze usłyszałem!

 
Przeniosłam spojrzenie na tkwiące u moich stóp czubki kowbojek i przesuwając wzrokiem po drogich dżinsach i czarnej koszuli dotarłam w końcu do twarzy. Przede mną, w pachnącej testosteronem pozie prężył się słynny warszawski biznesmen, znany ze swego upodobania do teksańskich butów, zegarków Breitlinga, chopperów Harleya i Davidsona oraz czarnych hummerów z sześciolitrowym silnikiem. Poza licznymi kolekcjami wyżej wymienionych Pan Gangster – zawdzięczający swoją ksywę wrażeniu, jakie swoim entouragem wywołał na Marcie – posiadał również stadninę koni arabskich, zestaw skórzanych kurtek i niezachwianą choć nie do końca zasłużoną reputację twardego faceta. Mimo swego samczego wizerunku nie miał bowiem szczęścia do kobiet, ciesząc się niesłabnącym powodzeniem u tych, które zupełnie go nie interesowały i całkowicie tracąc śmiałość przy potencjalnie pociągających. W kontaktach z tymi ostatnimi uznawał – nie bez kozery zresztą – że brutalna stylistyka macho nie podoła w zderzeniu z wysublimowanym gustem, jakiego oczekiwał od wybranki. Jego wymagania szły zresztą daleko dalej i w wieloletnim kawalerstwie dotarły w końcu do punktu, w którym zadowolić go mogła jedynie seksowna blondynka o drapieżnym umyśle, kroczącej żwawo karierze i wypracowanym samodzielnie majątku, dzięki któremu nie musiałby się martwić, że wiąże się z nim wyłącznie dla kasy. Niestety, stosownych kandydatek nie było w Warszawie zbyt wiele, co w jego ocenie podnosiło jedynie ich wartość i sprawiało, że gdy w ręce wpadał mu w końcu wyśniony biały kruk, Pan Gangster bladł, jąkał się i w końcu rejterował przerażony wizją oczywistej – w jego ocenie – porażki.

W efekcie wieloletnich, nieudanych poszukiwań zaczął powoli skłaniać się ku pokusie mało skomplikowanego związku, ale podejmowane heroicznie próby zmuszenia się do seksu z kobietą przeciętną kończyły się zwykle łóżkowym fiaskiem i wielodniowymi wyrzutami sumienia, że oto zdradził ideał. W końcu, gdy nadzieja na szczęście w miłości zaczęła przygasać, postanowił aktywniej rozejrzeć się za swoją przyszłą żoną i podjął szereg kroków mających go zbliżyć do celu. W wolne sobotnie przedpołudnia udawał się do galerii sztuki średniowiecznej i krążąc pośród cieknących krwią krucyfiksów oddawał kontemplacji piękna, kątem oka obserwując snujące się między lipowymi rzeźbami dziewczęta i licząc na to, że za którymś razem dostrzeże w drzwiach długonogą blondynkę z kluczykiem od mercedesa w dłoni i rolexem na nadgarstku. Niedziele spędzał w Zachęcie, Galerii Foksal i Muzeum Sztuki Nowoczesnej a piątkowe wieczory w drugim rzędzie Opery Narodowej. Kiedy i to nie przyniosło rezultatów zapisał się na podyplomowe studia z historii sztuki, gdzie na pierwszym z wykładów o włoskim renesansie, zamiast podziwiać omawiane właśnie przez profesora sklepienie katedry florenckiej, wpatrywał się z niedowierzaniem w leżącą na dzielącym nas krześle torebkę od Diora i wysuwający się zza mankietu zegarek. Gdy zajęcia dobiegły końca uznał, że nie ma nic do stracenia i tarasując swoim szerokim torsem przejście wyjąkał nieśmiałe zaproszenie na kawę.

Przez cały okres studiów siadaliśmy zwykle w ostatniej ławce trawiąc mniej interesujące wykłady na czytaniu gazet, konspiracyjnych szeptach i chichotach. W przerwach rozmawialiśmy o życiu, zegarkach i sztuce a zajęcia w terenie umilaliśmy sobie ciętymi ripostami i drobnymi złośliwostkami pod adresem otaczającej nas grupy liniejących bibliotekarek. Przy bliższym poznaniu Pan Gangster zyskiwał na urodzie, inteligencji i dowcipie a ja musiałam przyznać, że wbrew roztaczanym wokół siebie pozorom jest całkiem zajmującym mężczyzną. I wszystko skończyłoby się pewnie piękną, trwającą lata przyjaźnią, gdyby nie zbliżający się nieuchronnie koniec studiów, który zmobilizował go do kilku prób umówienia się poza bezpiecznym budynkiem uniwersytetu.

Za pierwszym razem miała to być wycieczka na harleyu, którą w ostatniej chwili odwołał zasłaniając się płynącym po nieboskłonie cirrusem. Tydzień później pojawiło się zaproszenie na kolację, która – na pół godziny przed spotkaniem – została anulowana w związku z „niespodziewanym przylotem gości z Los Angeles”. W końcu, gdy moja wyrozumiałość była już mocno nadwyrężona, Pan Gangster postanowił się zrehabilitować i zapewniając wielokrotnie, że tym razem na pewno nie stchórzy, zaproponował wspólne wyjście na premierę. Niestety, gdy wystrojona w najnowsze osiągnięcia światowego krawiectwa wyjeżdżałam z garażu, telefon zadzwonił a on łamiącym się głosem poinformował mnie, że ma problem z koniem. Zanim zdążyłam wysłuchać opowieści o gnębiącej jednego z trzylatków chorobie, ogarnęła mnie wesołość tak wielka, że po zakończeniu rozmowy mój drogi interlokutor miał już niewątpliwie przypadłość, o którą od początku go podejrzewałam.

 

Long time no see… – zagaił teraz z miną tak wysoce zadowoloną, że w żaden sposób nie można go było podejrzewać o jakiekolwiek dalsze trudności. – Od dawna chciałem do ciebie zadzwonić…

 
Uśmiechnęłam się lekko, bo ze wszystkich niedoszłych i byłych on mieścił się jeszcze w tej nielicznej grupie, która wzbudzała we mnie raczej rozbawione współczucie niż chęć przebicia szpikulcem do lodu.
 

– Miło cię widzieć… Co słychać?

 
Spojrzał na mnie z wyraźną ulgą i zwracając do Maćka ukłonił uprzejmie:
 

– Przepraszam pana… Bardzo dawno żeśmy się nie widzieli… Czy nie robiłoby panu różnicy…? Mam miejsce 81H… Wie pan… – widząc brak zrozumienia w oczach Maćka nachylił się lekko i obniżając głos mruknął konfidencjonalnie – zawsze chciałem się z nią umówić na randkę i jakoś nigdy nie wyszło… Może mógłby się pan przesiąść?

 
Na moment zamarłam w bezruchu starając się nie oddychać. W końcu, czując na sobie świdrujące spojrzenie męża, podniosłam się z fotela i z miną podpatrzoną u Ireny Ochódzkiej zaświergoliłam:
 

– Miśku, pozwól jeszcze raz, to jest właśnie Władek…

 
Gangster zatoczył się lekko i przytrzymując oparcia fotela udawał przez moment, że to wina nieodczuwalnej przez innych pasażerów turbulencji. Po kilku sekundach opanował jednak sytuację i nie wychodząc z roli wypalił:
 

– Strasznie przepraszam! Najmocniej, strasznie przepraszam! Bardzo proszę! Niechże Pan Minister siada. Bardzo proszę.

 

Obserwując od tyłu jego przygiętą sylwetkę i drobne kroczki, jakimi człapał na miejsce, złapałam się na trosce o kondycję jego wałacha.

 
Kiedy po wielu godzinach podróży dotarliśmy w końcu na miejsce a Pan Gangster pożegnał nas dyskretnym machaniem z oddali, Maciek spojrzał na mnie wymownie i oczekując wyjaśnień podniósł brwi. W odpowiedzi wzruszyłam tylko ramionami i zrzucając odpowiedzialność na niedyskretne pokrzykiwania stewardessy postanowiłam zbagatelizować incydent udając, że mieliśmy do czynienia z nieszkodliwym wariatem. Na moją korzyść całkiem niedwuznacznie świadczył zegarek Breitlinga i nowa para kowbojek…

 
 
Kiedy po kolejnej przesiadce wylądowaliśmy w końcu w San Jose, natychmiast sięgnęłam po telefon licząc na jakieś wieści od Marty, Grażyny a najlepiej obu równocześnie. Niestety, zamiast niecierpliwie wyczekiwanych doniesień z tureckiego frontu, na ekranie zamigotały dwie wiadomości od pogrzebanego wiele lat wcześniej Pana Wanny, który zasłynął swoimi wielokrotnie choć bez sukcesu ponawianymi propozycjami wspólnej kąpieli. Czując na sobie przenikliwie spojrzenie Maćka, który wciąż jeszcze zdawał się nie otrząsnąć po uroczo bezpośredniej propozycji ustąpienia miejsca, skasowałam karnie SMS-y i przywdziewając twarz niewiniątka uśmiechnęłam się słodko licząc, że zwolni mnie z obowiązku składania wyjaśnień. Zanim jednak wypracowywana latami mina anioła zdołała wywrzeć na nim stosowne wrażenie, samolotowy głośnik zaskrzeczał i powitał wszystkich pasażerów na międzynarodowym lotnisku Mineta.

Rozejrzałam się z niedowierzaniem wokół, nikt jednak nie zdawał się zaskoczony faktem, że wylądowaliśmy właśnie w międzynarodowej mekce oralnych rozkoszy. Zamiast głupawych uśmiechów twarze współtowarzyszy przepełniało pobożne skupienie, z jakim przyglądali się sygnalizacji ‘zapiąć pasy’ w oczekiwaniu na sygnał, po którym będą się wreszcie mogli rzucić do przepełnionych luków bagażowych. Obserwując tępawe, jankeskie twarze dochodziłam powoli do wniosku, że poczucie humoru Amerykanów – podobnie jak ich znajomość portugalskiego – pozostawia wiele do życzenia, gdy nagle dotarło do mnie w pełni krystaliczne i złowróżebnie freudowskie znaczenie miejsca, w którym wylądowałam…

Drepcząc za Maćkiem do taśmy z krążącymi w kółko bagażami karciłam się w duchu za nieprzemyślany dobór destynacji i starałam pocieszać, że amerykańska Mineta nie jest z pewnością na tyle sławna, by ściągać do siebie zdesperowanych mężczyzn z całego świata. Skoro ja nie zdawałam sobie sprawy z jej istnienia, to prawdopodobnie również Pan Wanna, Pączek czy Mecenas Dwojga Nazwisk nie mogli o niej wiedzieć. Zresztą, czy mając do wyboru amsterdamski De Wallen, tajlandzkie salony masażu i paryskie kluby, decydowaliby się na tak niepewny kierunek jak San Jose? Czy nie wybraliby raczej znacznie dogodniej zlokalizowanego Berlina, Ibizy czy – w wersji niskokosztowej – warszawskiego Vegas?

Uspokojona nieco przeprowadzoną naprędce racjonalizacją, całe serce włożyłam w wypatrywanie walizek oraz podpatrzone w filmach ćwiczenia oddechowe dla kobiet w ciąży, z miłym zaskoczeniem obserwując znakomite efekty, jakie proste techniki koncentracji pozwalają osiągnąć w procesie normalizacji tętna. Kiedy zdawało się już, że uda mi się pogrążyć w błogosławionym stanie kontemplacji pustki, z rytmicznego posapywania w głąb wyimaginowanej papierowej torby skutecznie wytrąciło mnie świdrujące spojrzenie stojącego w tłumie mężczyzny. Jego twarz już na pierwszy rzut oka wydawała się dziwnie znajoma, nim jednak zdołałam skupić się w stopniu pozwalającym na stwierdzenie, jaki przydomek jest w tym wypadku właściwy, delikwent wystrzelił z zajmowanego dotąd spokojnie miejsca i ruszył żwawo w naszą stronę. Bez chwili wahania napięłam mięśnie i już szykowałam się do pospiesznej ewakuacji w kierunku najbliższych toalet, gdy Maciek uniósł rękę i wykonał szereg energicznych gestów w stronę nadciągającego Pana Katastrofy. Skonfundowana lekko niecodziennym przebiegiem wydarzeń wykonałam lekki pląs w bok, licząc w głębi duszy, że zapamiętany z niegdysiejszej randki jegomość minie nas obojętnie i przywita się z jakąś krążącą za moimi plecami damą. On jednak zbliżył się niebezpiecznie do Maćka i nie spuszczając ze mnie wzroku powitał nas staropolskim ‘cześć’ wysuwając równocześnie dłoń do uścisku. Resztki mojego wypracowanego mozolnie zen runęły dokładnie w tym samym momencie, w którym panowie rozpoczęli rytuał poklepywania się po ramionach a Maciek zagaił:
 

– Kochanie, poznaj mojego kolegę z pracy…

 
 

Po dobrze przespanej nocy i uleczeniu z czarnowidztwa jet lagu doszłam do statystycznie obliczonego wniosku, że limit przypadkowych spotkań został wyczerpany i na kalifornijskiej ziemi nie grozi mi już żadna niespodzianka. Jak na kobietę przewidującą przystało postanowiłam jednak ograniczyć szanse ewentualnej dekonspiracji, na wypadek gdyby spotkania z niedoszłymi byłymi należały jednak do kategorii zdarzeń statystycznie niezależnych. Wydobywszy z walizki najciemniejsze z ciemnych okularów oraz godny wyścigów w Ascot kapelusz, rozpoczęłam żmudny choć nienachalny proces przekonywania Maćka do konieczności chronienia twarzy przed płynącymi z wszechobecnego ultrafioletu zagrożeniami. Dwugodzinna delikatna perswazja zakończyła się brawurowym sukcesem, po którym mogliśmy opuścić hotel bez ryzyka, że mój drogi mąż zadławi się śmiechem na widok mojego odbicia w witrynach sklepowych.

Czy to dzięki zasłudze wspaniałego kamuflażu, czy może nazbyt ciemnym szkłom okularów, przez kolejne dni cieszyłam się niczym niezakłóconym spokojem i rzadką szansą delektowania się Ameryką całkiem incognito. Po czterech dniach obserwowania w naturze żywych maskotek Michelina, pobieżnej penetracji wypełnionych tandetną konfekcją butików oraz podziwiania modernistycznej architektury kalifornijskich metropolii – przywołującej swoją finezją bliskie mojemu sercu wspomnienia blaszanych baraków Centrum Handlowego Janki – Maciek oddalił się na zasłużony odpoczynek w pozbawionej nadmiaru estetycznych wrażeń sali konferencyjnej, dając mi szansę na uwolnienie się z karkołomnego przebrania hollywoodzkiej wdowy i spokojne delektowanie ultrafioletem przy hotelowym basenie. Od tego momentu dni płynęły słodko i leniwie wypełnione donoszonymi przez obsługę drinkami, rozwlekłymi do granic powieściami Larssona i rzadkimi wyprawami do najbliższego Starbucksa. Basen na hotelowym dachu świecił pustkami pozwalając na cogodzinne zmienianie zajmowanego łóżka i swobodne palenie papierosów, kalifornijskie słońce – w przeciwieństwie do kalifornijskich kobiet – spełniało najśmielsze oczekiwania a nuda zyskiwała konsystencję dającej się kroić nożem galaretki. Chwile zwątpienia i czarnowidztwa dopadały mnie z rzadka a i wtedy mogłam liczyć na natychmiastową otuchę oferowaną przez zlokalizowany tuż za rogiem sklep monopolowy, w którym każdorazowo legitymowano mnie z paszportu podejrzewając, że mogę nie mieć przepisanych prawem dwudziestu jeden lat. Wszystko to wprawiało mnie w tak doskonały nastrój, że na jakiś czas zapomniałam nawet o wysłanej w muzułmańskie szpony Grażynie i niepewnych losach podróżującej po Florydzie Marty.

 
 
Kiedy amerykańska laba zaczęła nieuchronnie zbliżać się ku końcowi a ja – wciąż leżąc nad basenem – oddawałam się pierwszym niechętnym myślom o powrocie, słońce niespodziewanie zaszło a moim roznegliżowanym ciałem wstrząsnęła nagła reakcja pilomotoryczna. Zirytowana niespodziewaną anomalią pogodową czekałam przez moment na rozpogodzenie w końcu jednak uniosłam powiekę i wydając przenikliwy okrzyk przerażenia zerwałam się z miejsca: zamiast błękitnego, kalifornijskiego sklepienia nad moją twarzą zwieszała się uśmiechnięta szeroko męska facjata.
 

Unforgettable, that’s what you are…

 
Stojący nade mną Pan Penis uśmiechnął się jeszcze szerzej i wprawiając swoje ciało w miękki pląs zwany potocznie softdancem obserwował uważnie moją twarz w poszukiwaniu efektu, jaki miały niewątpliwie wywrzeć jego opięte szorty.
 

Unforgettable, though near or far…

 
Z wdziękiem Nat King Cole’a wykonał półobrót i prezentując we wdzięcznych pozach swoje wypielęgnowane, natarte oliwką ciało wysunął w moją stronę arystokratyczną dłoń zapraszając do tańca.
 

Like a song of love that clings to me, how the thought of you does things to me…

 
Teraz śpiewał już pełnym głosem a jego wypracowany tenor spływał z hotelowego dachu wprost na ulice San Jose.
 

Never before has someone been more…

 
Spojrzałam na niego uważnie i rozumiejąc, że nie należy przerywać spektaklu rozsiadłam wygodnie ignorując ponawiane zaproszenia do wspólnych pląsów i uśmiechając się pod nosem na myśl, jak właściwie dobrany został repertuar.

Pan Penis należał niewątpliwie do niezapomnianych okazów, o czym najdobitniej świadczyło nadane mu wiele lat wcześniej przezwisko. Jako rasowy przedstawiciel warszawskiej palestry od lat krążył po salonach prezentując swoją zdrową, sportową opaleniznę, nienachalnie umięśnione ciało oraz eleganckie ubrania w stylu przywodzącym na myśl angielską arystokrację. Jego falujące blond włosy zawsze były starannie ufryzowane a sygnet na palcu dobitnie potwierdzał rodowód, o którym zresztą mecenas lubił delikatnie napomykać delektując się drogim, kubańskim cygarem i szklaneczką single malt sprowadzanej dla niego wprost z Islay. W towarzystwie pań brylował dzięki naturalnej zdolności gładkiego pochlebstwa, z panami odnajdywał wspólny język przy omawianiu rozgrywek polo, prawniczych sukcesów i egzotycznych podróży. Nigdy nie opuszczał warszawskich premier, snobistycznych pokazów mody ani limitowanych zaproszeniami imprez, dbając o to, by jego minimalnie znudzona twarz zawsze zmieściła się w wymierzonym w celebrytów obiektywie. Mimo czterdziestki miał w sobie wdzięk nowicjusza, który skrzętnie pielęgnował biorąc sobie za wzór Doriana Gray’a i nigdy nie wiążąc na dłużej z żadną kobietą. Nie wiązał się zresztą z nikim, słusznie uznając, że zmierzch kolejnych towarzyskich gwiazd mógłby się odbić cieniem na jego reputacji światowca i zagrozić wypracowanej mozolnie pozycji salonowej śmietanki. Pełzał zatem od jednej grupki do drugiej czarując wszystkich swoim wdziękiem i manierami, nigdy jednak nie oferując przyjaźni, komitywy czy choćby szczerości.

Kiedy poznałam go na jesiennym pokazie Zienia wysunął w moją stronę wyperfumowaną dyskretnie wizytówkę i otrzymawszy moją w rewanżu przestudiował ją ze stosowną atencją zapamiętując błyskawicznie nazwisko, pracodawcę i szarżę. Oceniwszy szybko potencjalny wpływ, jaki moja osoba mogłaby wywrzeć na jego towarzyskie notowania, nie odstępował mnie do końca wieczoru wielokrotnie zapewniając, że zaproszenie na zbliżającą się galę Fotoerotyki sprawiłoby mu niezwykłą przyjemność. Kilka dni później zawitał w moim biurze i ręcząc solennie, że nie jest to wizyta przypadkowa lecz przybycie wynikające z porywu serca, zaprosił mnie na kolację, w trakcie której mógłby poznać mnie bliżej. Gdy odmówiłam tłumacząc się gęsto nadmiarem służbowych zadań, uśmiechnął się lekko i zapewnił, że pod wszelkimi względami bije na głowę swego szanownego kolegę, z którym jak wie jestem aktualnie związana. Następnie ukłonił się i zastrzegając w progu, że nie jest to jego ostatnie słowo, odmaszerował do windy mamiąc swym charmem mijane po drodze kobiety.

Kilka dni później ze snu wyrwał mnie zapowiadający wiadomość dźwięk telefonu. Na wpół rozbudzona sięgnęłam po leżącą przy łóżku komórkę i otworzywszy MMSa zapadłam w trzysekundową drzemkę. Kiedy ponownie otwarłam oczy na monitorze wciąż lśniło nadesłane przez niego zdjęcie. Różowy, nabrzmiały członek w pełnej erekcji zdawał się drgać ekscytacją i zapewniać rozkosze, o jakich przy aktualnym facecie mogłam tylko pomarzyć. Tekstowa warstwa wiadomości była zwięzła i chwytliwa jak na dobrze zrealizowaną kampanię przystało. „Mój Penis.” Z dużej litery. I kropka.

 
Kiedy obserwowałam wykonującego właśnie drugą zwrotkę Penisa, na horyzoncie pojawiła się wysoka sylwetka niosącego drinki Maćka. Zbliżał się powoli przyglądając poruszającym się z wdziękiem pośladkom wykonawcy a jego brwi unosiły się coraz bardziej aż w końcu wypełzły poza wyznaczane oprawką ciemnych okularów granice zdrowego rozsądku. Pan Penis, nazbyt pochłonięty występem, by być w stanie cokolwiek zauważyć, nachylił się w tym czasie nade mną i z przymkniętymi oczami dotarł na wyżyny wokalistyki:
 

– That’s why, darling… it’s incredible… that someone so unforgettable… thinks that I am… unforgettable too…

 
Przez krótką chwilę stał jeszcze z zamkniętymi oczami, delektując się rzęsistym aplauzem, po czym – zaniepokojony lekko dwubrzmieniem oklasków – podniósł powieki i zobaczywszy Maćka uskoczył nerwowo w tył.  Szybko uznał jednak, że odziany w garnitur mężczyzna nie może być nikim innym niż hotelową obsługą, sięgnął zatem po ustawione na stoliku drinki i podając mi jedną ze szklanek pociągnął z drugiej głęboki łyk mojito.

Wprowadzony na szczyty zdumienia Maciek chrząknął znacząco i przyglądając uważnie mojej skonsternowanej twarzy zamarł w bezruchu oczekując na wyjaśnienia. Przez moment przesuwałam wzrokiem po uśmiechniętym radośnie mężczyźnie w szortach rozważając pospiesznie, czy dokonując formalnej prezentacji powinnam przedstawić Penisa, narośl, jaką był na nim szanowany pan adwokat czy może obu na raz. W końcu, wyczerpana godnym Antygony dylematem, podniosłam się z miejsca i wsuwając na nos okulary ruszyłam do wyjścia. Była najwyższa pora na powrót do domu.

 
 

Reklamy