Nobel Srobel

AlfredNobelChciałoby się czasem siąść i coś zajebistego napisać. Pierdolnąć, kurwa, taki tekścik, żeby wrogom, zawistnikom i Szanownemu Komitetowi Noblowskiemu oko zbielało i żuchwa opadła. Coś smacznego stylistycznie i o fabule tak porywającej, by czytelnikowi kęs bułki z serem utknął pomiędzy zębami w nagłej niemocy żucia. Chciałoby się mieć temat, jakiego jeszcze nie było. Epicki, monumentalny, noż kurwa, po prostu WIELKI.

I co? Dupa. Wszystko już było. Nędza, marazm, posucha.

Gdyby tak jeszcze mieć w sobie mniej blazu, to mógłby się człowiek łudzić, że jest niezwykły i zasługuje na trzynastozgłoskowca. Niestety. Patrzę, cholera, w lustro i anim szczególnie ponętna, ani anielsko dobra. Konotacja z Zielonym Wzgórzem jest natychmiastowa. Tyle że gęba starsza.

Chciałoby się może i coś zrobić. Wygenerować pożywkę dla własnej, majestatycznej twórczości. Ale co? Pomysły są, ale miałkie.

Pójść w miasto, zdradzić męża, odjechać w dal z szejkiem arabskim? Niby można, ale trochu żenada.

Zrobić coś paskudnego? Wstrętnego moralnie? Wyrwać muchom skrzydełka, rozdeptać ślimaka, rozłożyć kulki na mole?

Zostać kryminalistą? Cyklistą? Rewolucjonistą? Faszonistą?

Uzależnić się od czegoś lub kogoś?

Popaść w bulimię?

Stalkować celebrytę?

Przerobić się na faceta?

Wpaść do biura w kominiarce i z cekaemem pod pachą?

Przebić Mamę Madzi jeżdżąc na koniu już nie w bikini lecz topless?

Otworzyć przybytek uciech cielesnych?

 

Nic mnie nie nęci.
Kanikuła, stabilizacja, rozleniwienie.
Nędza.

 

Siedzę & myślę.
Nic.
Czarna dziura.

Rozważam temat z góry, dołu i boku. Pod każdym możliwym kątem. Jakby nie patrzeć jestem wadliwa. Rozparzona oczekiwaniami i niezdolna do godnych opisania ekscesów.
Winą – adekwatnie i należycie – obarczam swoją nieudolną familię. Bandę życiowych nieudaczników. Żałosnych wielbicieli pracowitości, zapobiegliwości i moralnego ładu. Niech ich cholera!

Dziadkowie może i byli barwni, ale cóż to za kolor w dzisiejszych czasach? Żadnych skandali, malwersacji, atrakcji. Dostatek, hedonizm, torebka z węża i but z krokodyla. Jakieś żałośnie poukładane interesy dziadka i zapamiętana z dzieciństwa rozrzutność babci. Własny interes, lokalna socjeta, dzieci i bale. Wysokie morale.

Rodzice? Nudziarstwo. Dziesiątki lat pracy i żadnych przekrętów. Matka-nauczycielka. Chorobliwa perfekcjonistka. Bez skazy na wizerunku publicznym. Aż chciałoby się zachrapać. Bo łez trwonić szkoda.

Ojciec? Może i nieco szalony. Psychopatycznie egocentryczny. Piotruś Pan pokryty siwizną. Niespokojny duch. Żeglarz. Z zawodu dyrektor. Może i by się nadał na temat, ale przy bliższym oglądzie też nuda. Takich jak on spotkałam na randkach na pęczki. Ryczących, ale nie mlecznych. Speców w machaniu szabelką.
Idę na ceremonię końca roku w przedszkolu.

Porażona własną życiową nieadekwatnością staję w tłumie rozemocjonowanych, nagrywających filmy rodziców. Moje dziecko wydaje się być równie jak ja nie na miejscu. Stoi w pierwszym rzędzie z tenisówkami nie na tych nogach co trzeba, rozgląda się uważnie lecz bez zaangażowania. Jakby od reszty dzieci dzieliła ją szyba.

Martwię się. Chyba nie zapewniłam jej szczęśliwego dzieciństwa, bo nie wdzięczy się teraz do pani dyrektor. Nie kryguje do wychowawczyni, nie dyga do pierwszych rzędów rodziców. Stoi. Wyalienowana, samotna i zblazowana. Z rękami w kieszeniach i w wielkim poważaniu mając cały otaczający ją cyrk.

Bidulka. Może kiedyś będzie chciała pierdolnąć jakieś opowiadanie i też nie znajdzie w sobie merytorycznych zasobów…? Ocieram łzę empatyczną, co wzrok mi szkli ponad miarę. Trudno. Zostanie krawcową.

Odbieramy cenzurki. Dzieci – podniecone kartkami kredowego papieru – popuszczają w majtki z wrażenia. Jest bosko, jest wyjątkowo. Cudownie, epicko, monumentalnie. Matki w uśmiechach, ojcowie w gajerach, babcie w histerii. Obłęd, szaleństwo, ekstaza.

Chciałoby się to poczuć. Doznać, opisać, rzucić świat na kolana. Patrzę na swoją latorośl, a ona odpowiada mi równie znużonym spojrzeniem. Martwię się coraz bardziej. Czy to tylko my? Strzelam dyskretnie oczami. Niestety. Jesteśmy jedyne. Niezasymilowane. Chore i nienormalne.

Trzylatka łapie mnie za rękę i pociąga w dół – na wysokość swojego wzroku. W jej oczach jest głód. Fizyczny. Chce pożreć obiad. A potem pójść szybko do łóżka. Z braku kotleta w torebce proponuję jej gumę. Wybucha płaczem. Wpadam w histerię bliską tej, jaką prezentują otaczające mnie tłumy. Co robić?! Boże kochany! Ze łzami w oczach ruszamy w stronę klasy.
Ostatnie pożegnanie przed wakacjami. Dzieci rzucają się na wychowawczynie, Natasza na ciastka na stole. Nikt poza nią nie wydaje się myśleć żołądkiem. Rozglądam się nie pojmując znaczenia tej chwili. Jedyne co wiem, to że Nobel, Pulitzer i Nike nie będą moje. Jestem skazana na przeciętność, brak weny i dożywotnie szukanie tematu. Histeria sięga zenitu wraz z myślą, że moje dziecko też nie osiągnie sukcesu. Teraz wiem to na pewno. Je ciastko miast płynąć na fali ekstazy. Wypracowywać poprawne społecznie i pożądane relacje. Wpycha w usta czekoladową delicję! Cholera jasna! Przegrała!

Rodzice wokół nas trzymają teraz naręcza kwiecia, perfum z Sephory i toreb z Vitkaca. J.K. Rowling? Hogwart? Magia? Gdzie to wcześniej ukryli? Ciągle nie mogę zrozumieć.

Trzyletnie kokietki w białych sukienkach korumpują z wdziękiem panie przedszkolanki perfumami Lancôme’a i kremami od Diora.

Natasza je ciastko.

Matki wręczają niedyskretnie elegancko opakowane pudełka i futerały. Panie przedszkolanki rumienią się fałszywie.

Ja stoję w kącie z pustymi rękami.

Ojcowie całują kobiece dłonie, flirtują wzrokiem, uwodzą głodną męskiej atencji nauczycielską rzeszę.

Żałuję, że nie przerobiłam się na faceta.

Nie ma puenty.
Nic, kurwa, nie ma.

 

 

Reklamy