Nobel Srobel

Chciałoby się czasem siąść i coś zajebistego napisać. Pierdolnąć, kurwa, taki tekścik, żeby wrogom, zawistnikom i Szanownemu Komitetowi Noblowskiemu oko zbielało i żuchwa opadła. Coś smacznego stylistycznie i o fabule tak porywającej, by czytelnikowi kęs bułki z serem utknął pomiędzy zębami w nagłej niemocy żucia. Chciałoby się mieć temat, jakiego jeszcze nie było. Epicki, monumentalny, noż kurwa, po prostu WIELKI.

I co? Dupa. Wszystko już było. Nędza, marazm, posucha.

Zoologicznie zabarwiony tekst o urokach przedświątecznego szaleństwa wywołał poruszenie w kręgach bliższych i dalszych znajomych, którzy w kolejnych dniach zaczęli wykazywać bądź to nadmierną troskę o stan moich nerwów, bądź też omijać szerokim łukiem w obawie przed nagłym atakiem. Przez moment delektowałam się wręcz wrażeniem, że moja pozycja w biznesie gwałtownie wzrosła, bo nawet najzajadlejsi negocjatorzy każdą z moich sugestii witali gromkim aplauzem. W biurowej windzie otaczał mnie spory kordon powietrza, a gdy wchodziłam do kuchni stłumieni w kolejce po kawę rozstępowali się prędko udając, że bardzo się spieszą…

Prababka znana była w Galicji z czarów i mezaliansu. We wczesnej młodości – idąc po śladach Justysi z „Nad Niemnem” – dała rekuzę sławnemu z majątku wielbicielowi opiatów i na klepisku klepała biedę z zażywnym Piotrusiem-woźnicą. W jej opowieściach furman był pięknym mężczyzną o gęstej czuprynie i niespożytym libido, co babka wspominać raczyła z dziewczęcym chichotem i jednoznacznie rumianym policzkiem. Jej opowieści stały się wkrótce jedyną krynicą wiedzy o męskich walorach Piotrusia, bowiem nieborak…

Lata mijają a mnie wciąż prześladuje koszmar. W przeróżnych miastach, miejscach, kawiarniach przeżywam ciągle tą samą udrękę. Twarze przede mną zmieniają się we śnie ale uczucie jest ciągle to samo. I równie podobna rozmowa. Budzę się z krzykiem oblana potem. Znów śniła się pierwsza randka. Z mężczyzną znanym lub całkiem mi obcym lecz zawsze z tym samym poczuciem: zmarnowanego czasu…

Od wielu tygodni niebo nad Warszawą miało kolor żeliwa a temperatury – wbrew kalendarzowi – nie wychodziły poza stany właściwe dla kwietnia. Szare ulice zapełniali popielaci na twarzach przechodnie przetykani niekiedy obnoszącymi sztuczną opaleniznę paniami, podejrzewanymi przez ogół o wirusowe zapalenie wątroby…

W pierwszym tygodniu kwietnia Ojciec skończył sześćdziesiąt lat a ja uświadomiłam sobie w pełni bolesną nieuchronność przemijania. Z każdym dniem kolejne komórki obumierały, metabolizm spowalniał a ciało zasuszało się na kształt pomarszczonego pergaminu, którego nie były już w stanie wygładzić najdroższe nawet kremy. W oczach nie było już tego blasku, włosy matowiały a chód stawał coraz mniej sprężysty. Poranne wstawanie było spowolnione, czas reakcji wydłużał się a perspektywy karlały. Do szans na zostanie śpiewakiem operowym, dowódcą wojsk lotniczych czy kardiochirurgiem – które od lat były zerowe – teraz doszusowała niemożność uzyskania profesury, zarobienia okrągłego miliarda i trafienia na okładkę Time’a. Ojciec co prawda trzymał się świetnie, ale…