Przez wszystkie lata przyjaźni i pracy łączyło nas z Martą – oprócz siostrzanej miłości – szczególne zrządzenie losu, dzielące na dwoje każdy niezwykły przypadek, fatum, nieszczęście i radość…

Praca w międzynarodowej renomy wydawnictwie miesięczników znanych i uchodzących za luksusowe od samych swoich początków zaoferowała mi niezliczone możliwości rozwoju osobistego i zawodowego a obcowanie z koryfeuszami polskiej sceny rozrywkowej stanowiło najmniejszy zaledwie spośród wszystkich bonusów. Oprócz bowiem imprezowego froteryzmu z celebrytami, szans na podziwianie niezwykłej urody i szyku krążących po salonach gwiazd oraz cennych momentów w towarzystwie podnoszących status akcesoriów, moje życie wypełniać zaczął pełen literackich popisów papier. O gramaturze nie mniejszej niż sto dwadzieścia…

14 marca przebiegł w tym roku wyjątkowo pomyślnie. Narzeczony – uraczony czterdziestodekową porcją polędwicy – wyglądał na mocno usatysfakcjonowanego a jego penis był równie szczęśliwy. Co prawda były w nich obu silne elementy niewiary w istnienie tego zacnego święta, ale solidna porcja lodów rozwiała ostatecznie wątpliwości i wieczorem zalegli wspólnie na kanapie pogrążając się w sytej bezmyślności zadowolonego samca.