Parada Równości

Już od wczesnego dzieciństwa wiedziałam, że jestem jednoznacznie i poza wszelką wątpliwość hetero. I nawet jeśli nie znałam jeszcze wówczas skomplikowanej teorii preferencji seksualnych a używane potocznie określenia kojarzyły mi się wyłącznie z aktywnością fizyczną oraz podstawowym narzędziem kolarza, to z całą pewnością mogłam stwierdzić, że koledzy z klasy zajmują mnie znacznie bardziej od koleżanek. Zwłaszcza wtedy, gdy zziajani wracają z lekcji WF-u prezentując pośladki w kryzysowych spodenkach gimnastycznych z obwiedzionego białą lamówką poliestru.

Jak każda dziewczynka z dobrego domu trafiłam w końcu na koleżankę, która w sprawach seksu była znacznie bardziej obyta ode mnie i postanowiła wykorzystać moje pozorne zagubienie do swoich bezecnych celów. Byłyśmy w czwartej lub piątej klasie i pozostawione bez czujnego oka rodziców oddawałyśmy się przebierankom w najbardziej ekstrawaganckie ciuchy mojej matki, gdy pobudzona widokiem mojego płaskiego torsu wyobraźnia Kasi zachęciła ją do zdjęcia bawełnianych majtek w niebieskie kwiatki i okazania mi – przez trwającą zdecydowanie zbyt długo chwilę – swojego najcenniejszego klejnotu. Zamarłam w bezruchu i wpatrując się okrągłymi ze zdumienia oczami w mroczną czeluść jej krocza nie mogłam wyjść z osłupienia nad pokrywającym je gęsto czarnym gąszczem. Gdy w końcu udało mi się przenieść wzrok na jej zarumienioną z emocji twarz jedyne, co potrafiłam z siebie wydusić, zamknęło się w dwóch okrągłych, druzgoczących naszą przyjaźń zdaniach:
 

– O rany, od dawna tak masz?! To straszne!!!

Następnie pobiegłam do łazienki, by w ręcznym lusterku obejrzeć stan swojej waginy i z ulgą stwierdzić, że wciąż jest gładka. Kiedy uspokojona wracałam do pokoju, po Kasi pozostało jedynie głośne trzaśnięcie drzwi i stos szmat na podłodze. Od tamtej pory na szkolnych korytarzach mijałyśmy się w bezpiecznej odległości chwaląc Pana, że nie przydzielił nas do jednej klasy.

Reszta edukacji przebiegła nad wyraz spokojnie i aż do końca studiów żadna z koleżanek nie wpadła na pomysł eksperymentowania w moim towarzystwie. Nie dlatego, bynajmniej, że nie podejmowały praktycznych prób ustalenia swojej orientacji, lecz z tej prostej przyczyny, że z zasady rzadko widywano mnie z dziewczętami.

 
Kolejne doświadczenie z kobietą dane mi było dopiero po przeprowadzce do Warszawy. Marysia, wieloletnia żona i matka dwojga uroczych dzieci, kobieta o zacnej posturze i silnych dłoniach otoczyła mnie swoją przyjacielską opieką gdy tylko wylądowałam w wynajętym mieszkaniu na Nowolipkach. Rozumiejąc znakomicie odczuwane przeze mnie osamotnienie oraz tęsknotę za pozostawionym w Galicji mężem, zaoferowała swoje towarzystwo i pokazując uroki Starówki sprawiła, że idąc przy jej potężnym boku po raz pierwszy od dawna poczułam się prawdziwie kruchą i delikatną kobietką. Gdy po męczącym spacerze zasiadłyśmy w końcu w kawiarni, potężny biust Marysi wsparł się na jej równie obszernej przeponie i zafalował w afekcie a z trzewi wyrwało się namiętne westchnienie:

– Bardzo cię polubiłam…

Spojrzałam na nią znad filiżanki i uśmiechając z wdzięcznością zapewniłam, że czuję dokładnie to samo i że znalezienie przyjaciółki w pierwszych tygodniach pobytu w stolicy przepełnia mnie wyjątkową radością i nadzieją na liczne, babskie wieczory, pełne wina, ploteczek o mężach i wszelkich innych atrakcji, o których młode, nowoczesne kobiety mogą tylko zamarzyć. Okrągłą twarz Marysi rozpromienił radosny uśmiech a pulchne dłonie klasnęły w niepowstrzymanej ekscytacji:

– Wiedziałam! Wiedziałam od razu, że się zrozumiemy bez słów! – krzyknęła przysuwając się bliżej do stolika i pozwalając by blat przeciął na pół jej galaretowaty tors położyła swoją potężną dłoń na górnych partiach mojego uda. Następnie, wykonując małe kroczki serdelkowymi palcami zaczęła piąć się wyżej sprawiając, że nie tylko uda ale całe moje ciało pokryło się wilgocią.

– Tak się zgrzałam na tym spacerze! – wyszarpnęłam się zza stolika ocierając zalewającą oczy falę zimnego potu. – Odświeżę się w łazience i zaraz do ciebie wracam!

Odchodząc w głąb kawiarni odwróciłam się, by posłać jej ostatni uśmiech. Pomachała mi radośnie pełna nadziei na otwierający się właśnie nowy rozdział. Ja w tym czasie dotarłam do łazienki i sprawdziwszy nerwowo, czy udało mi się nie zgubić po drodze zawartości torebki, zatrzasnęłam za sobą drzwi i przekręciłam klucz.

 
Gdy w końcu udało mi się ochłonąć rozejrzałam się wokół i po raz pierwszy od przeprowadzki poczułam głęboką wdzięczność, że nie muszę pić kawy w krakowskich, klaustrofobicznych piwnicach bez tylnych wyjść i łazienkowych okien. Gdy, wypchnąwszy uprzednio torebkę i zdjętą z siebie kurtkę, wypełzałam przez niskie okienko na brukowany dziedziniec, przed moimi oczami pojawiła się para czarnych butów a rozbawiony męski głos zapytał:

– Oszczędzamy na rachunku…?

Spojrzałam w górę i, upewniwszy się ostatecznie co do płci pytającego, wyciągnęłam rękę. Pociągnął sprawnie uwalniając mnie z klinującego objęcia futryny i pomagając wstać spytał:

– Co to za historia?

Otrzepałam nerwowo ciało wciąż czując na sobie gorącą dłoń Marysi i wypaliłam:

– Podrywała mnie kobieta! To był naprawdę zły dotyk!

Roześmiał się szaleńczo i przyglądając się z niedowierzaniem powtórzył:

– Podrywała cię kobieta? I to był zły dotyk?

– Wyższa od ciebie, sto dwadzieścia kilo żywej wagi, dłonie jak wiejskie bochny! Zgroza!

Przyjrzał mi się uważnie i nie mogąc zdecydować, co zrobić z uciekającą pokątnie klientką zarządził:

– Poczekaj tu grzecznie. Zaraz po ciebie wrócę.

Następnie odmaszerował w stronę wychodzących na podwórze drzwi kawiarnianego zaplecza ścigany moim szeptem:

– Stolik po prawej od wejścia! Przy filarze!

Gdy wrócił stałam doprowadzona już do względnego porządku i spoglądając na niego pytająco czekałam na wyrok.

– W porządku – stwierdził ugodowo. – Otworzę ci bramę dla dostawców.

Sięgnęłam po portfel, by zapłacić za kawę, ale machnął tylko ręką:

– Daj spokój. Na koszt firmy…

 
Mijały lata a ja nigdy nie odważyłam się wejść ponownie do staromiejskiej kawiarni w obawie przed mogącą wciąż tkwić przy stoliku Marysią. W końcu wspomnienia zaczęły jednak blednąć, kobiety stały nieco mniej złowrogie a ja uznałam, że najwyraźniej przestałam być dla nich atrakcyjna. I gdy wszystko wskazywało już na to, że będę się dożywotnio cieszyć niezakłóconym niczym spokojem heteryka, w skrzynce pocztowej pojawiła się pełna wygórowanych komplementów wiadomość od tajemniczej nieznajomej. Przeczytałam ją kilkakrotnie i choć nie sposób było nie zgodzić się z barokowym wywodem na temat moich rozlicznych zalet, wzmianką o renesansowej urodzie i równych jej intelektualnych talentach, to jednak satysfakcję z panegiryku tłumiło krążące po trzewiach uczucie niepokoju, czy aby przypadkiem nie stałam się znowu celem Marysi.

Odpisałam z rezerwą, dziękując – nad wyraz skromnie – za przesłane wyrazy uznania i nie pozostawiając większego pola do dalszej korespondencji pożegnałam wszelkimi stosownymi słowy. Jeszcze tego samego dnia nieznajoma napisała jednak ponownie zapewniając mnie tym razem, że ocena nie była bynajmniej przesadzona a ona jak nikt inny jest w stanie ocenić rozliczność moich cnót i walorów. Gdy doszłam do obszernego pasażu na temat swojego dobrego gustu, brwi uniosły mi się jak po liftingu a niepokój jeszcze bardziej przybrał na sile.

 
Kolejne dni mijały a ja każdego ranka z trwogą otwierałam skrzynkę w obawie przed kolejną falą pochlebczej powodzi. W końcu, zaintrygowana niezrażoną niczym nachalnością wielbicielki postanowiłam zapoznać się z nią w bezpiecznej przestrzeni google’a. Na monitorze pojawiła się pucołowata twarz trzydziestoparolatki o nazbyt krzaczastych brwiach i dziwnie napiętym uśmiechu. Na czoło opadała lekko kręcona, kasztanowa grzywka, która – w połączeniu z wymiętą, noszącą na sobie istotne ślady zużycia, brązową bluzeczką, ciągnącą w ramionach marynarą z grubego sztruksu i sznurem drewnianych korali – dopełniała obrazu. Przysunęłam się do monitora w poszukiwaniu podpowiedzi, ale głowę wypełniała pustka. To z pewnością nie była Marysia, choć urodowe styczne pomiędzy paniami były aż nazbyt wyraźne.

 
Wciąż głowiłam się nad zagadką, jak nieznana mi kobieta była w stanie posiąść taką wiedzę na mój temat, gdy do pokoju wparowała Marta:

– A co ty taka blada?! – krzyknęła od progu i podchodząc bliżej przyjrzała mi z niepokojem. – Może to gorączka, bo oczy masz jakieś mętne…? I spocona jesteś…?

– To nie to… – mruknęłam strząsając z czoła jej dłoń. – Zobacz – przesunęłam w jej stronę komputer – ta kobieta mnie prześladuje…

– Ojej! Wygląda trochę jak żona Sztajdla! – Marta zachichotała lekko i wbiła wzrok w monitor. – I coś jej się pruje przy dekolcie! Kto to?

– Pojęcia nie mam – wzruszyłam ramionami. – Wypisuje do mnie bardzo ciepłe maile.

– No co ty?! – Marta wyglądała na szczerze zdumioną. – Do ciebie?

– Też się zdziwiłam… Od lat żadna kobieta nie próbowała mnie poderwać… – przechyliłam głowę i jeszcze raz przyjrzałam się zdjęciu.

– Pokaż, co pisała!

– No, sama zobacz… – podsunęłam Marcie przefiltrowaną listę wiadomości.

– O cholera! Tak to ci nawet Romański nie kadzi!

Chrząknęłam potakująco i spojrzałam na nią z niepokojem.

– Myślisz, że może chcieć się spotkać?

– Pewnie zaproponuje… – Marta pokiwała głową współczująco. – Będziesz jej musiała napisać, że wolisz chłopców…

Przez chwilę kiwałyśmy głowami w milczeniu. W końcu Marta wyprostowała się, uderzyła dłonią w czoło i zakrzyknęła:

– Pokaż mi jeszcze raz te maile!

Podsunęłam jej usłużnie laptopa czekając na ujawnienie dokonanego odkrycia.

– Ha! – krzyknęła z satysfakcją.

– Co?!

– Nazwisko!

– Co, nazwisko?

– No, chyba zbieżność nie jest przypadkowa?!

Spojrzałam na monitor i odetchnęłam z ulgą.

– O Jezu! A ja się tak przestraszyłam! Faktycznie!

– No widzisz! Trzeba mi było od razu pokazać a nie tak dusić w sobie!

– Masz rację! – poczułam jak na twarz wracają mi rumieńce.

– Kawa?

– Kawa! – wstałam rześko od biurka i odmaszerowałam do kuchni.

 
Gdy kwadrans później usiadłam do laptopa, na monitorze pojawiła się kobieta w czerwonych koralach. Spojrzałam na nią i uświadomiłam sobie, że choć jedna zagadka została rozwiązana, to druga właśnie się narodziła.

Pół minuty później ta sama wątpliwość dopadła Martę:

– Po kiego grzyba ona do ciebie pisze? – syknęła przez uchylona drzwi.

– Taaaa… – przekrzywiłam głowę i znów zaczęłam gapić się w monitor.

 
Ze zdjęcia uśmiechała się krzywo Druga Żona Mojego Pierwszego Męża.

 

Reklamy