Dawno, dawno temu, w czasach, gdy liczne romanse wypełniały mi ściśle rozbuchany grafik a atrakcyjni mężczyźni tłoczyli przy drzwiach w nadziei na niewyłącznie intelektualne rozrywki, moim pierwszym konsultantem w sprawach związkowych i jednym z najbardziej oddanych przyjaciół pozostawał niezmiennie Marek Ruszkowski – mężczyzna z wieloletnim małżeńskim stażem, życiowym doświadczeniem i zdrową dawką życzliwego rozsądku…

Pojawienie się Drugiej Żony Pierwszego Męża zapoczątkowało bolesny i głęboki rozłam w szeregach przyjaciół. Dyskutując przy kawie o potencjalnych przyczynach nagłego objawienia podzielili się na dwie zwalczające się zaciekle frakcje, co – z biegiem czasu i rozwojem wydarzeń – zaczęło grozić trwałą secesją Marty poza racjonalny nawias. O ile bowiem grono wietrzących podstęp bądź bezinteresowną nienawiść cyników było nad podziw liczne i spójne w argumentacji, o tyle romantyczne rojenia mojej drogiej przyjaciółki skazały ją na samotną krucjatę w obronie drewnianych korali…

Już od wczesnego dzieciństwa wiedziałam, że jestem jednoznacznie i poza wszelką wątpliwość hetero. I nawet jeśli nie znałam jeszcze wówczas skomplikowanej teorii preferencji seksualnych a używane potocznie określenia kojarzyły mi się wyłącznie z aktywnością fizyczną oraz podstawowym narzędziem kolarza, to z całą pewnością mogłam stwierdzić, że koledzy z klasy zajmują mnie znacznie bardziej od koleżanek…