Yes, we can!

Wszystko zaczęło się od Camiela van der Meij. Pełnego niepozbawionej uroku próżności dandysa, którego garnitury szyte były na miarę przez usłużnego chińskiego krawca a rzednące włosy zawsze pachniały najdroższą paryską eau de toilette. Camiel jako jedyny schodził z piedestału swojego szklanego gabinetu i przechadzał rześko po korytarzach PwC w poszukiwaniu świeżych twarzy i genialnych podatkowo rozwiązań. Zaglądał przez ramię na wypływające na monitor angielskie słowa i rzucając okiem na leżącą na biurku kartę wejściową pytał, czy wszystko gra, zawsze dorzucając na koniec odczytane z wejściówki imię. Gdy jakiś czas później natykał się na nas w windzie widać było jak procesory jego pamięci wytężają się na ułamek sekundy i tworzą błyskawiczne pary z zapamiętanych wcześniej obrazów: twarz, biurko, wejściówka – zestawy precyzyjne jak szwy szytego ręcznie garnituru, nigdy nie mylące faktów, pozwalające na precyzyjną lokalizację spotkanej osoby na skomplikowanej mapie biura.

Inni partnerzy obserwowali go zza szyb swoich akwarystycznych pokoi, do których zapraszane były wyłącznie osoby szczególnie zasłużone, i zniesmaczeni wydymali usta w dezaprobacie. Camiel. Dziwak niepotrafiący wymusić na pracownikach stosownej dozy podszytego strachem szacunku. Wariat być może. Z pewnością jegomość, którego serio brać nie sposób. Zawsze uśmiechnięty. Nigdy nie wiedzieć po co…

A jednak jako początkujący adept doradztwa to właśnie Camiela ceniłam najbardziej. Nie dlatego, że pamiętał nasze imiona a szklane ściany akwarium nie zniekształcały groteskowo jego twarzy. Nie z powodu nieskazitelnego akcentu, eleganckich manier i znakomicie dobranych krawatów. I nawet nie dlatego, że w opozycji do przeciętnego korporacyjnego Kowalskiego czy Smitha nigdy nie poddał się zakorzenionym feudalnie zasadom demonstrowania wynikającej ze stanowiska przewagi. Choć wszystko to było jego wielką siłą, to prawdziwym powodem dla odczuwanej w stosunku do Camiela sympatii i respektu była jego niezachwiana wiara w inteligencję, zdolności i pracowitość każdej mijanej na korytarzu osoby. Jego podkreślane wielokrotnie przekonanie, że potrafimy, udźwigniemy, damy radę. Niezależnie od okoliczności, wymagań i przeciwności losu.

Camiel obiecywał zawsze klientom million dollar saving,, a gdy mieliśmy wątpliwości co do tego, czy uda nam się obniżyć im podatek z czterdziestu procent do zera, patrzył na nas z wyrzutem i mrużąc oczy do znudzenia powtarzał:

– Yes, you can!

Aż zaczynaliśmy wierzyć…

 
To Camiel przyprowadził do mnie pierwszych takich klientów i to on dał mi wolną rękę. Gdy po dwóch dniach myślenia nad przepływem majątku przez konstelacje zagranicznych spółek wprost do polskiej kieszeni właściciela wróciłam do niego z rozrysowaną strukturą spojrzał na schemat, kiwnął głową i upewniwszy się, że obiecany im million dollar saving wzrósł dziesięciokrotnie spytał tylko o jedno: czego potrzebuję, by móc to zrobić. A potem dał mi George’a…

 
George – zaledwie dwa lata starszy ode mnie – był milczącym facetem do zadań specjalnych. W pewnym sensie bardziej przypominał 007 niż doradcę podatkowego. I choć doskonale rozumiał moje – z czasem coraz bardziej finezyjne podatkowo pomysły – to jednak nie zachwycała go ich maestria a raczej możliwość błyskawicznej realizacji w trybie uznawanym powszechnie za całkowicie nieortodoksyjny. Dla George’a nie było bowiem rzeczy niemożliwych i zanim skończyliśmy pierwszy wspólny projekt wiedziałam już, że w każdym kraju na świecie spółkę można zarejestrować w jedno popołudnie a trust w jeden dzień. Że notariusz na Isle of Man podpisze umowę w środku nocy a zaufany bankier na Cyprze otworzy rachunek na podstawie faksowej kopii dokumentu. I że prywatna fundacja na Curaçao mająca finansować wykształcenie nieletnich dziedziców fortuny może powstać bez trudu i bólu głowy.

George nigdy nie chwalił się swoimi kontaktami i nie odcinał kuponów od rzeczy niemożliwych, które przychodziły mu z taką łatwością. Gdy czasem, po szczególnie niezwykłym popisie stąpania po wodzie, serwowałam mu zachwycone spojrzenie i nieporadny komplement, wzruszał ramionami i uśmiechając się lekko wybierał nagrodę. Wyprawialiśmy się wtedy do zakamuflowanych w wąskich uliczkach Nikozji klubów, gdzie zawsze o północy dziewczęta wskakiwały na stoły, by rytualnym tańcem zainaugurować kolejną upalną noc. George patrzył na nie, pociągał w milczeniu zmrożoną wódkę i gdy wszystkie blaty poza naszym uginały się już pod ciężarem kołyszących się w greckich rytmach ciał, wyciągał mnie z fotela i łapiąc wprawnie w pasie stawiał na stole. Do hotelu odwoził mnie o świcie i gdy ja odsypiałam szumiący w głowie alkohol, on jechał do siebie, zmieniał garnitur i o szóstej rano wychodził do biura, gdzie czekały kolejne niemożliwe do realizacji zadania.

 
Kiedy doszliśmy z Georgem do etapu, na którym jedyną odpowiedzią na pytania klienta było yes, we can, Camiel dał nam Pascala. Szwajcarskiego bankiera o uprzejmym uśmiechu, nienagannych manierach i tysiącach pomysłów na bezpieczne inwestowanie rozsianych po świecie majątków. Od tamtej pory pracowaliśmy we trójkę. Ja spotykałam się z klientami, tworzyłam szyte na miarę pomysły i mnożyłam milionowe oszczędności wydobywając przy okazji mroczne sekrety od tych, którzy nie ufali żonom, potrzebowali sfinansować równoległe rodziny lub sekretne przyjemności albo zabezpieczyć starość niedołężniejącym rodzicom. Byłam skrzyżowaniem terapeuty i doradcy, firmowałam swoją twarzą i mozolnie zdobywanym zaufaniem cały projekt i dawałam gwarancję powodzenia. George rozkładał moje porady na czynniki pierwsze i z żelazną konsekwencją realizował krok po kroku każdy element układanki aż do momentu, gdy w krwioobiegu holdingu zaczynała płynąć gotówka. Wtedy do gry wkraczał Pascal z precyzyjnymi stopami zwrotu i jakże dogodną tajemnicą bankową. A Camiel patrzył na nas w przelocie i uśmiechał się podpisując wystawiane na success fee faktury.

Żyliśmy wtedy intensywnie jak nigdy dotąd. W zawieszeniu pomiędzy lotniskami, klientami i egzotycznymi nazwami spółek, które George wymyślał z wprawą godną biegłego lingwisty. Spotykaliśmy się w lokalnych biurach PwC, obwieszonych drogimi obrazami pokojach prywatnej szwajcarskiej bankowości i nocnych klubach słynących z dobrze zmrożonej wódki. Absolut Kurant. Łączyła nas praca i zachłyśnięcie życiem i nigdy nie przyszło nam nawet do głowy, że kiedyś będziemy musieli się rozstać. Pewnie dlatego wiedzieliśmy o sobie wszystko i nie wiedzieliśmy nic. Nie rozmawialiśmy o naszych sprawach prywatnych ani o planach na przyszłość. Nie zdradzaliśmy sobie lęków, obaw i rosnącego zmęczenia. Nie odpuszczaliśmy ani na chwilę. Młodzi, zdolni, mający świat u stóp. Przekonani, że jedynym istniejącym czasownikiem jest ‘chcę’.

 
Wycofałam się z gry jako pierwsza.

Najpierw dowiedział się Camiel. Spojrzał na mnie, wstał zza biurka i obejmując mnie ojcowsko powiedział:

– To były znakomite lata…

I gdy już zaczynałam odczuwać pierwsze ukłucia żalu dodał:

– Jestem z ciebie dumny. Twój nowy szef zrobił najlepsze przejęcie dekady…

Gdy zadzwoniłam do George’a w słuchawce trwała głucha cisza. Pascal zadzwonił kilka minut później i nie wyjawiając, który z nich mu powiedział, umówił się ze mną na pożegnalny uścisk dłoni przy eleganckim lanczu. Karton spakował pół roku później…

 
Przez kolejne siedem lat wymienialiśmy sporadyczne, świąteczne maile nie bardzo wiedząc jak się zachować i co powiedzieć. Byliśmy przyjaciółmi a jednak nie wiedzieliśmy o sobie nic, co dawałoby cywilny punkt zaczepienia. Znaliśmy swoje możliwości, ale nie mieliśmy pojęcia, na co nas stać. Zachowywaliśmy się jak trójka cywilizowanych ludzi w pełnej zażenowania sytuacji: milczeliśmy.

Gdy trzy tygodnie temu dostałam mail od Pascala, tętno przyspieszyło. Wiadomość zawierała krótką informację o jego prezesurze w najeksluzywniejszym private bankingu w Genewie, zdjęcia żony i dwójki dzieci i pytanie o kontakt do zaufanej osoby w cypryjskim biurze PwC. Odpisałam natychmiast. Ale zamiast do George’a wysłałam mu numer do kogoś innego. Zrozumiał.

Dwa tygodnie później zadzwonił George. W ramach przygotowywanej skrupulatnie agendy pobytu w Warszawie wpisał mnie na biznesowe śniadanie w Hiltonie. Czas trwania: godzina. Temat spotkania: ostatnie siedem lat.

Przez dwie noce nie mogłam spać. Malowałam paznokcie i oglądałam swoją twarz w powiększającym lustrze zastanawiając się, na ile zmieniłam się od czasu ostatniego tańca na stole. Przejrzałam całą garderobę i nie mogąc znaleźć nic, co pasowałoby do Zacharzewskiej z tamtych lat, naciągnęłam na siebie pierwszy zestaw, jaki rano wpadł mi w trzęsące ręce. W końcu, zaparkowawszy na zatłoczonej Grzybowskiej, weszłam na drżących nogach do lobby zastanawiając się, czy go poznam, jak wygląda i czy wciąż jest agentem 007, czy może otyłym cypryjskim biznesmenem z potulną żoną i równie wytresowaną służbą.

Stał w hallu, równie jak ja zdenerwowany, napięty i wciągający lekko zaokrąglony brzuch. ‚Mój’ George, któremu nie wiedziałam, czy wypada się jeszcze rzucać na szyję i pytać, czy upolował na plaży w Protaras sączącego drinka notariusza…

Ucałowaliśmy się po grecku i rozładowując napięcie grzebaniem w śniadaniowym bufecie obserwowaliśmy się w milczeniu czekając na to, co powie druga osoba. W końcu nie wytrzymał i w chaotycznym wywodzie zaczął streszczać ostatnie siedem lat:

– Wciąż jestem w PwC. Starszy menedżer. Frustracja. Przez siedem lat zrobiłem tylko jedną rzecz dla polskiego biura. Pamiętasz ile żeśmy razem pracowali?! Jeden projekt na siedem lat! Żona. Ślub w jesieni. Zrezygnowała z pracy. Ma teraz projekt dom. Potem pewnie projekt dziecko. Nic nie mówię. Pewnie niedługo będziemy mieć służbę z Filipin. Jej rodzina jest bardzo bogata. Ojciec wciąż o wszystkim decyduje. Ja płacę. Na planie domu mogę przesunąć czasem ścianę wewnętrzną. Tak jest lepiej. Przynajmniej ma zajęcie. Kiedyś pracowała dla PwC. Tam się poznaliśmy. Ale po ślubie przecież nie będzie pracować. A ja? Frustracja. Starszy menedżer. Od lat robię to samo. I nawet teraz nie mogę wyjść sam i popatrzyć, jak dziewczyny tańczą na stołach. Wyglądasz świetnie. A Costas zgolił wąsy! Marios rzucił narzeczoną na trzy dni przed ślubem i od tamtej pory wciąż jest sam. Dalej śpiewa opery, uprawia karate i jest genialny. Ale teraz nie jest już młody. Skończył czterdziestkę. Wszyscy się starzejemy… Stavros otworzył własną kancelarię. Wciąż jest łysy. A mnie urósł brzuch. Przyjechałem tutaj, bo zaprosił mnie Landwell! Landwell, nie polskie biuro PwC! Spotykam się z ich klientami a oni kręcą nosem na podatki wysokości dziesięciu procent! Chcą mieć zero! Przecież to niemożliwe! Wstaję codziennie o piątej rano. Pracuję po dwanaście godzin. Żona ciągle wisi na telefonie ze swoją rodziną i planuje jak wydać pieniądze. Na miesiąc miodowy pojechaliśmy do jednego z jej licznych domów w Stanach. Wciąż nie wiem, ile jej rodzina ma tych domów. Nowy Jork, Hamptons, Floryda, Beverly Hills. Tyle wiem. I że dom, który dla nas zaplanowała ma pięćset osiemdziesiąt metrów kwadratowych na jednym poziomie. I basen. A ja wciąż jestem starszym menedżerem…

Gdy przerwał na moment, by przełknąć kawałek stygnącej jajecznicy spojrzałam na niego poważnie i spytałam:

– George, czy ty jesteś szczęśliwy…?

Podniósł wzrok i zwlekając z odpowiedzią uniósł pytająco brwi:

– W jakim sensie: szczęśliwy? W pracy? W domu?

– Jestem twoją przyjaciółką więc cię pytam: czy jesteś szczęśliwy?

– W małżeństwie chyba tak. Ale wiesz, przez trzydzieści siedem lat byłem sam. To trudne. Chyba jestem szczęśliwy. To była pora na rodzinę… A w pracy…? No cóż, czuję się niedoceniany… Nie dostałem awansu od lat… Ale w sumie to lubię. Więc chyba też jestem szczęśliwy…

– Nie wyglądasz…

– Ten dom. Ta jej rodzina. To, że nie mogę mieć nic dla siebie. Sam wyjść. O niczym zdecydować…

– Yes, you can!

– I ci klienci! Są tacy agresywni. A ja nie mogę dać im większych oszczędności podatkowych!

– Yes, you can!

– A skoro mam zarobić na ten dom i służbę i basen to muszę zostać w PwC… Nie mogę zmienić pracy…

Spojrzałam na jego posępną minę i kolejne yes, you can utknęło mi w gardle. To już nie był ‘mój’ George, dla którego wszystko było możliwe. Przeszłość nie istniała. I po raz pierwszy od dwóch tygodni odetchnęłam głębiej: numer, który podałam Pascalowi, był najlepszym możliwym…