Idol masowej wyobraźni


 
Dyrektor Wielicki siedział rozparty w fotelu i machając wdzięcznie założoną na nogę nóżką rozglądał po Placu Trzech Krzyży. Wiosenne słońce rozpraszało się na jego ciemnych okularach i oświetlało wypucowaną na wysoki połysk czaszkę podkreślając delikatną bladość znudzonego oblicza. Wychudzone ręce wykonywały co jakiś czas niedbały gest wskazując niedyskretnie kolejne, mijające kawiarniany ogródek osoby, po których przejściu Dyrektor zanosił się nerwowym śmiechem, za każdym razem rzucając:

– Noż, kurwa, niewiarygodne! Widziałaś?!

 
Przewieszona przez oparcie Szpilkowego fotelika, z twarzą wystawioną ku słońcu, otwierałam prawe oko i usiłowałam dostrzec w oddalających się plecach powód dyrektorskiego rozdrażnienia.

– Co tym razem? – pytałam w końcu nie mogąc odkryć, o co mu chodzi.

– Można tak zestawić kolory?! – grzmiał groźnie. – No, można?! – gniew Dyrektora wzmagał się z każdym kolejnym, nie dość estetycznym przechodniem. – Czas emigrować, dyrektorowo kochana! Toż w tym kraju już nic dobrego nas nie czeka! Rozejrzyj się po ulicach! Oczy bolą patrzeć!

Dyrektor sięgał po kolejnego papierosa, zapalał, zaciągał się głęboko i dusił raz użyty niedopałek w wylewającej się już petami popielniczce.

– I jak ja mam się uporać z nałogiem w takim otoczeniu? Toż mnie nerw nie staje, żeby na to patrzeć! Ja się wykańczam! Wy-kań-czam! Noż, kurwa, popatrz na tą! Widzisz?! Widzisz?!

Głos Wielickiego drgał oburzeniem i załamywał w końcówkach zdań. Jego rachityczna dłoń znów sięgnęła po papierosa ale nie doniosła go do ust, bo Dyrektor złapał się egzaltowanie za serce, przymknął oczy i przez kilka sekund trwał w teatralnym milczeniu, by w końcu ocknąć się, uderzyć dłonią w obleczone czarnymi spodniami udo i zakrzyknąć wesoło:

– Ale co my się tam będziemy zajmować innymi! Porozmawiajmy o nas, dyrektorowo kochana! Toż ty niedługo masz urodziny! – uśmiechnął się triumfująco i widząc moją zaskoczoną twarz ciągnął bez zająknienia: – Ha! Widzisz! Dyrektor Wielicki wszystko wie i o wszystkich pamięta! Dyrektor Wielicki dba o was jak ojciec najlepszy! Nic się przed nim nie ukryje! – uniósł wskazujący palec we władczym geście rodem z Alternatywy 4. – Ale to z miłości, dyrektorowo najdroższa, wyłącznie z bezinteresownej miłości to śledztwo było! No bo jakże to tak, żebym ja mojej ukochanej larwie życzeń urodzinowych nie złożył?! Toż to skandal i publika by były! Toż ja muszę!

Zadowolony z siebie rozparł się wygodniej, pociągnął głęboki haust wody z cytryną i przetarł wierzchem dłoni usta.

– No, nie powiem, łatwo mi było zapamiętać, bo ja też… – zawiesił głos w fałszywej skromności – …ja też jestem z kwietnia… A tak, tak… – przerwał mi gestem zanim zdążyłam zapytać o datę – urodziłem się w najlepszym dniu roku, moja kochana! A jakże! I z nielicującą z dzisiejszymi czasami skromnością mogę powiedzieć, że gwiazdy przeznaczyły mnie do wielkich czynów! O, tak! Bo w tym dniu rodzili się wyłącznie ludzie potężni i charyzmatyczni! Urodzeni przywódcy! Jednostki silne i pełne wewnętrznego zapału! Osoby wielkiej energii i niezwykłych czynów! Właściciele najbardziej znanych biografii! Idole masowej wyobraźni! Napoleon III Bonaparte! Adolf Hitler! Wojciech Korfanty! Wiktor Suworow! Krystyna Kaszuba! Żeby tylko wymienić największych… A tak, tak! Widzę zdumienie w twoich oczach! A nie, to zazdrość! Noż, oczywiście, każdego przepełnia bezinteresowna zawiść, gdy się o tym dowiaduje! Nie przejmuj się, kochana – poklepał mnie jowialnie po kolanie – nie jesteś odosobniona!

 
Przez kolejne lata nigdy nie przegapiłam urodzin Dyrektora Wielickiego, za każdym razem przesyłając stosowne życzenia odwołujące się do czołowych osiągnięć jego historycznych poprzedników. Dyrektor rewanżował się zapraszając na urodzinowe biby organizowane w coraz modniejszych warszawskich lokalach a ja, nie chcąc doprowadzić go na skraj emigracji, szykowałam godną wysublimowanego, dyrektorskiego gustu kreację i przyrzekałam stawić się w wyznaczonym miejscu, by celebrować najważniejszy dzień w roku.

Co roku również, w dzień po urodzinowej imprezie, odbierałam telefon…

– Noż, larwo jedna, ciekawym jak się tym razem będziesz tłumaczyć, że cię nie było?! Cóż masz, zdziro, na swoje usprawiedliwienie? Hę?! Tak mnie obrazić! Tak spostponować swoją nieobecnością! Dać tak jawny wyraz lekceważenia! Zgroza! Toż ja z siebie wychodzę, żeby odpowiednio elegancki lokal znaleźć i godnych gości zaprosić, a tu bladź nawet nie raczy przyjść i zdrowia dyrektorskiego wypić! Świat się kończy!

– Ależ, Jasieńku! – zaczynałam przymilnym głosem wasala –  toż ja bym się nigdy nie odważyła dać ci najmniejszej oznaki wzgardy! Wiesz, przecież, że moje uwielbienie jest czyste jak delikatny zefir poranka… Jak myśl osiemnastowiecznej dziewicy… Jak woda bijąca z górskiego źródła… Choć wszystko to zbrukane w porównaniu z nieskalaną czystością moich intencji… Ale, kochany mój, uwierz, że nie mogłam… Już nawet odziana byłam godnie, by nie urazić twego dobrego smaku swoim widokiem, kiedy, wyobraź sobie… – zawieszałam głos i rozpoczynałam opowieść o przedziwnych wydarzeniach, które stanęły mi na przeszkodzie…

 
Opowiadając Wielickiemu kolejne, niewyobrażalne historie czułam zawstydzenie wiedząc dokładnie, że Dyrektor nie uwierzy w ani jedno słowo. A jednak co roku, w wyznaczonym przez szanownego solenizanta terminie, spadała na mnie jakaś uniemożliwiająca uczestnictwo w uroczystościach plaga i powoli zaczynałam przekonywać się do dyrektorskiej tezy, że siła i zdolności sprawcze urodzonych dwudziestego kwietnia zaiste należą do niezwykłych…

Zaczęło się od umywalki, którą jeden z zaproszonych na moje spóźnione urodziny gości oderwał od łazienkowego blatu w poszukiwaniu zaburzonej trunkami równowagi. Odkręcona szerokim strumieniem woda zaczęła rozlewać się rześką falą a anonimowy winowajca wycofał się dyskretnie, zamknął za sobą drzwi na klucz i wmieszał w tłum. O katastrofie doniósł mi jeden z gości, gdy podejrzanie zawilgotniały mu kostki…

Rok później, gdy akurat szykowałyśmy się z Martą do wyjścia, czujka alarmu zadźwięczała dyskretnie zapowiadając niezapowiedzianego gościa. Zanim z łazienki dotarłyśmy na drugą stronę domu, by z okna gabinetu dostrzec wyłamane drzwi furtki, rzezimieszek zdążył przemieścić się na tyły i zaczął majstrować przy oknie powodując, że wyłączony alarm zamruczał delikatnie sygnalizując naruszenie zewnętrznej bariery. Zapewne ruszyłybyśmy nieustraszenie na front z włamywaczem, gdyby nie przykry fakt, że obu nam ze strachu puściły zwieracze i zamiast w kierunku atakowanego okna rozpierzchłyśmy się po łazienkach, z których, rozsiądnięte wygodnie na sedesach wzywałyśmy ochronę wyjętymi pośpiesznie z szafki pilotami. Resztę wieczoru zajęła nam, fascynująca skądinąd, obserwacja zbierających odciski techników policyjnych.

Za kolejnych dwanaście miesięcy, w dzień urodzin Dyrektora, leżałam w łóżku i bredząc w malignie oglądałam na laptopie czwarty sezon „Rancza” podesłany mi kurierem przez zmartwioną moją przedłużającą się chorobą Anię. Od ponad tygodnia nie opuszczała mnie zagrażająca życiu gorączka, głos był w zaniku, a Dyrektor Wielicki po raz pierwszy wykazał głębokie zrozumienie dla mojej nieobecności…

 
Kiedy w dniu tegorocznej fety Wielickiego weszłam do biura, owiał mnie intensywny zapach gazu i karbidu. Skrzywiłam się i stojąc w otwartych drzwiach spytałam:

– Co tak potwornie śmierdzi?

Siedzące za sekretarską ladą dziewczynki uśmiechnęły się niewyraźnie i wymruczały coś o prowadzonych na zewnątrz pracach budowlanych. Zrezygnowana domknęłam okna i na dłuższą chwilę pogrążyłam się w analizie danych finansowych. Pięć godzin później ocknęłam się nad tym samym arkuszem kalkulacyjnym i usiłując utrzymać równowagę na zmiękczonych nogach przedostałam do drzwi:

– Chyba zasłabłam – jęknęłam do Asi.

Przyglądała się przez chwilę z troską mojej pozieleniałej facjacie, by w końcu zapytać:

– Czujesz jeszcze zapachy?

Potrząsnęłam głową i usiłując zapanować nad drżeniem nóg podjęłam próbę dotarcia do łazienki.

– Zapaliłyśmy z Olgą kadzidełko, żeby tak bardzo nie śmierdziało… – rzuciła za mną.

Gdy po pracy cudem dotarłam do domu jedyne, na co było mnie stać to rzucenie się na łóżko i wzywanie Maćka do podawania kolejnych misek, w które rozrzucałam pachnące opium i karbidem womity. Około północy uznałam, że zakupione z myślą o Dyrektorze buty od Gucciego będą musiały poczekać. Co najmniej rok…

Tym razem Dyrektor Wielicki nie zadzwonił. A ja, wciąż podduszona gazem, nie wiedziałam: czy to dlatego, że znudziły go moje historie, czy może rzucił picie, palenie i przeszedł na wegetarianizm…

 

Reklamy