Marcin siedział przy stole z posępną miną i nie odzywał się ani słowem. W zasadzie, odkąd przyszli z Agatą, nie wydusił z siebie żadnego zdania poza zdawkowym powitaniem. W końcu wstał i nie zwracając uwagi na to, że pozostali goście wciąż jeszcze jedzą, rzucił w moją stronę:

– Musimy już iść!

Od dłuższego czasu Goran był dla mnie postacią legendarną. Mężczyzną, którego zbudowałam sobie na kształt i podobieństwo cygańskich gangsterów Kusturicy. Facetem o bałkańskiej duszy uwięzionym w tanim i zbyt obszernym garniturze, jaki wybierają zwykle inżynierowie. Człowiekiem równie tragicznym co zabawnym, nałogowo niezaspokojonym i całkowicie niezdolnym do zrobienia czegokolwiek, co mogłoby zachwiać jego – bezpiecznym w gruncie rzeczy – światem.

Podróżowanie z Maćkiem nigdy nie było proste. Na co dzień zupełnie nie odczuwałam dzielącej nas różnicy, ale gdy tylko docieraliśmy na lotnisko ogarniała mnie panika i dziecięce rozkojarzenie – jakby każda kolejna podróż z nim miała być dla mnie tą pierwszą. On prostował się i szedł energicznie, ja dreptałam w tyle podśmiechując się czasami, że powinien opatrzyć mnie jaskrawym paskiem „priority” i kazać załadować do luku jako bagaż podręczny.

14 marca przebiegł w tym roku wyjątkowo pomyślnie. Narzeczony – uraczony czterdziestodekową porcją polędwicy – wyglądał na mocno usatysfakcjonowanego a jego penis był równie szczęśliwy. Co prawda były w nich obu silne elementy niewiary w istnienie tego zacnego święta, ale solidna porcja lodów rozwiała ostatecznie wątpliwości i wieczorem zalegli wspólnie na kanapie pogrążając się w sytej bezmyślności zadowolonego samca.

Dwa tygodnie po tym, jak poznałam Maćka Marta wparowała do mojego gabinetu z nową fryzurą i równie świeżym zestawem plotek:

– Byłam u fryzjera! – krzyknęła od progu i dwoma susami dotarła do stojącego po drugiej stronie biurka fotela. – Wiem wszystko!

Oderwałam się od monitora i skupiłam na niej uwagę wiedząc doskonale, że przynoszone od fryzjerów plotki należą zawsze do najsmakowitszych w mieście.