Gabinet ginekologiczny zawsze kojarzył mi się ze średniowieczną salą tortur. Kiedy odziana w dziwaczną, jednorazową spódniczkę z fizeliny i ceratowe kapcie dreptałam na fotel, linia pleców pochylała się lekko a nogi pokrywały sinym, marmurkowym wzorem. Mijając rozłożone na tackach w kształcie nerek narzędzia, modliłam się w duchu, by skończyło się na wzierniku. Obok niego zawsze leżały jednak potworne w kształtach rozwieracze, zgłębniki, kleszcze, kulociągi i skrobaczki. Tuż obok, na osobnej rynience trwał w gotowości bojowej stetoskop ginekologiczny a za nim zestaw haków i hegarów odbijających się w ustawionych równym rzędem lustrach waginalnych. Wszystko wysterylizowane, błyszczące stalą i gotowe na ujawnienie mojego wnętrza przed uzbrojonym w lateksowe rękawiczki lekarzem.

Przez wiele lat miałam uzasadnione wątpliwości, czy aby na pewno jestem kobietą. Już we wczesnym dzieciństwie udało mi się wprowadzić babcię w stan głębokiego rozstroju, gdy ignorując pozostawione przez nią na stole szminki i fatałaszki bez wahania sięgnęłam po paczkę papierosów bez filtra i plując przyklejonymi do dwuletniego języka liśćmi tytoniu bawiłam się należącym do dziadka scyzorykiem.

Dyrektor Wielicki siedział rozparty w fotelu i machając wdzięcznie założoną na nogę nóżką rozglądał po Placu Trzech Krzyży. Wiosenne słońce rozpraszało się na jego ciemnych okularach i oświetlało wypucowaną na wysoki połysk czaszkę podkreślając delikatną bladość znudzonego oblicza. Wychudzone ręce wykonywały co jakiś czas niedbały gest wskazując niedyskretnie kolejne, mijające kawiarniany ogródek osoby, po których przejściu Dyrektor zanosił się nerwowym śmiechem, za każdym razem rzucając:

Odkąd sięgałam pamięcią – a zbliżające się nieuchronnie urodziny przypominały, że jest dokąd sięgać – narty były moim azylem i najbezpieczniejszym sposobem na całkowity restart mózgu. Na stoku zapominałam o wszystkich dręczących mnie demonach, a jedyną liczącą się rzeczą była prędkość, napięcie ud, wygięcie ciała i koncentracja na zapamiętanych dawno temu przestrogach trenera, który bezwzględnie wyszydzał każde, nie dość eleganckie pokonanie muldy, każdy błąd techniczny i niewystarczająco zgrabną sylwetkę. W górach moja podzielna zazwyczaj uwaga odchodziła paść się w doliny a ja – pozostawiona samotnie na szczycie lodowca – potrafiłam skupiać się wyłącznie na jednym: jeździe.

Marta wsunęła głowę przez uchylone drzwi i teatralnym szeptem syknęła:

– Nie będzie mnie przez jakiś czas… Idę na casting na grubasa…

Zanim zdążyłam zareagować, już jej nie było.

– Na jaki casting? – spojrzałam pytająco na zamykające się drzwi. – Na grubasa?