Wysunęła dłoń i poczuła na opuszkach palców delikatne drżenie powiewu. Pachniało rosą, ale zapach ten uchwytny był tylko przez moment. Już po chwili rozmywał się w chemicznym fetorze środka do mycia podłóg, którym jakaś ubrana w brązowy sweter i poplamiony fartuch kobieta zmywała o świcie posadzkę, słodkiej woni tanich perfum, którymi pacjentka z łóżka obok skrapiała swoją pościel, mrucząc przy tym pod nosem jakieś magiczne zaklęcia, oraz ciągnącym z korytarza odorze szpitalnego jedzenia.

Działał niczym Zodiak, Hansen lub Watts – podniecony polowaniem na swoje ofiary, poszukujący emocji płynących z wywoływanego przez siebie terroru, obserwujący je godzinami i odraczający moment, w którym zakończy ich życie, bo to ostatecznie kończyło zabawę. Podobnie jak tamci, on też ekscytował się lękiem, jaki budził w ofiarach. Jeśli wciąż jeszcze przekonywał samego siebie, że robi to z innych pobudek niż uwielbienie dla strachu, to kwestią czasu był moment, gdy przestanie się okłamywać i zapragnie czegoś więcej niż samej tylko obserwacji wywoływanego popłochu.

Już wkrótce kolejna powieść! Thriller psychologiczny będący kontynuacją „Witaj w domu, kochanie!”.

Będzie jeszcze mroczniej niż dotąd a niewinni – zdawałoby się – bohaterowie zaczną ujawniać swoje prawdziwe, pozbawione lukrowanych masek oblicza. Jeśli zatem nie zdążyliście dotąd przeczytać „Witaj w domu”, spieszcie się! Ta historia nie może się skończyć tak łatwo…

Anna Zacharzewska

Uniosła głowę i się zatoczyła. Klaustrofobiczna przestrzeń pomiędzy parkanem a linią krzewów ciągnęła się w obie strony niczym korytarz jakiegoś potwornego labiryntu, do którego nigdy wcześniej nie zaglądała. Napierając na nią swoimi ścianami, falując i przytłaczając. Odbierając szansę na spokój i głębszy oddech. Przytrzymując się jedną ręką parkanu, próbowała przez moment zapanować nad wstrząsającymi jej ciało dreszczami, uspokoić oddech i rozluźnić przeponę. Bez skutku. Jej kark był mokry od potu, dłonie drżały, a zawroty głowy nie pozwalały odzyskać ostrości widzenia. Tunel zdawał się nie mieć końca. Tak jakby ogród rozrósł się nagle do niebotycznych rozmiarów, a dzieląca jego krawędzie odległość nie poddawała racjonalnej ocenie.

W tamtych czasach, przyglądając się życiu moich znajomych, zastanawiałam się czasem, czy wszystkie małżeństwa tak wyglądają, czy sprowadzają się do nieustannej batalii z partnerem. Czy moje koleżanki z pracy też się tak szarpały? Niektóre na pewno.
Chodziłyśmy wtedy wszystkie w tanich garniturach z poliestru i sweterkach z anilany. Miałyśmy przetarte skarpetki, puszczającą na szwach tanią bieliznę i zestawy najpodlejszych kosmetyków kupowanych w przejściach podziemnych. I z jakichś niezrozumiałych do dzisiaj powodów wszystkie farbowałyśmy włosy nad wanną. Tak jakby platynowy blond marki Schwarzkopf mógł choć trochę ożywić nasze poszarzałe życia…”