Lata mijają a mnie wciąż prześladuje koszmar. W przeróżnych miastach, miejscach, kawiarniach przeżywam ciągle tą samą udrękę. Twarze przede mną zmieniają się we śnie ale uczucie jest ciągle to samo. I równie podobna rozmowa. Budzę się z krzykiem oblana potem. Znów śniła się pierwsza randka. Z mężczyzną znanym lub całkiem mi obcym lecz zawsze z tym samym poczuciem: zmarnowanego czasu…

Kiedy we wczesnym szczeniactwie odkryłam z rozpaczą, że inteligentna rozmowa z kobietą stanowi ewenement przyrodniczy na miarę naturalnego skupiska wiesiołka dwuletniego w Tokarni, moja teza nie była poparta żadnym dowodem a mizoginię wspierały jedynie empiryczne doznania zapewniane mi regularnie przez koleżanki z klasy. I choć były one w większości piątkowymi uczennicami o okrągłym piśmie i zawsze odrobionej pracy domowej, to w konfrontacji z trójkowymi kolegami rysującymi w dzienniczkach ucznia latające talerze, pershingi i średniowieczne maszyny oblężnicze pozostawały niczym więcej niż pustymi lalkami powtarzającymi karnie okrągłe zdania nauczycielek…

Nigdy nie byłam przesadną fanatyczką aktywności fizycznej i sportu uznając pocenie za czynność wysoce nieestetyczną i w pewnym sensie niestosowną. Osobniki zziajane, pokryte lepką warstwą cuchnącej substancji, o posklejanych wysiłkiem włosach i rozszerzonych porach odstręczały mnie swoją nachalną fizycznością i przyprawiały o mdłości. I o ile mogłam usprawiedliwić taki stan rzeczy ciężką pracą, o tyle dobrowolne wyduszanie z siebie potu wydawało mi się całkowicie pozbawione sensu i estetycznej sublimacji…

Przez wiele lat miałam uzasadnione wątpliwości, czy aby na pewno jestem kobietą. Już we wczesnym dzieciństwie udało mi się wprowadzić babcię w stan głębokiego rozstroju, gdy ignorując pozostawione przez nią na stole szminki i fatałaszki bez wahania sięgnęłam po paczkę papierosów bez filtra i plując przyklejonymi do dwuletniego języka liśćmi tytoniu bawiłam się należącym do dziadka scyzorykiem.

Odkąd sięgałam pamięcią – a zbliżające się nieuchronnie urodziny przypominały, że jest dokąd sięgać – narty były moim azylem i najbezpieczniejszym sposobem na całkowity restart mózgu. Na stoku zapominałam o wszystkich dręczących mnie demonach, a jedyną liczącą się rzeczą była prędkość, napięcie ud, wygięcie ciała i koncentracja na zapamiętanych dawno temu przestrogach trenera, który bezwzględnie wyszydzał każde, nie dość eleganckie pokonanie muldy, każdy błąd techniczny i niewystarczająco zgrabną sylwetkę. W górach moja podzielna zazwyczaj uwaga odchodziła paść się w doliny a ja – pozostawiona samotnie na szczycie lodowca – potrafiłam skupiać się wyłącznie na jednym: jeździe.

Rozwód ma, jak się okazuje, swoje plusy: po nim nikt już nie wiąże z twoim życiem osobistym żadnych oczekiwań. Rodzina pogodzona jest z faktem, że w życiu ci nie wyszło, że dzieci i wnuków nie będzie i że większość tematów należy przy tobie traktować jako zakazane. ‚Ocenzurowano z troski o dalikatną tkankę emocjonalną samotnej trzydziestoparolatki’.