Kiedy po wielu miesiącach martwej ciszy Dyrektor Wielicki zaproponował spotkanie, od razu wiedziałam, że szykuje się awantura. Od czasu, gdy okazałam się być całkowicie bezużyteczna w pozyskiwaniu prywatnych telefonów gwiazd światowej estrady, Dyrektor boczył się nieco, a fakt, że nie zadzwonił z corocznym seksualnym kwestionariuszem utwierdził mnie jedynie w lęku, że nasza wieloletnia przyjaźń mogła nie przetrwać próby, na jaką wystawiła ją niefortunna wróżba przewrotnej tarocistki…

Z początkiem roku życie towarzyskie zamarło i przytłoczone zaokienną szarugą dogorywało powoli ograniczając swe podrygi do portali społecznościowych i służbowych spotkań. Zniechęcone brakiem gości warszawskie kawiarnie zakręciły kaloryfery, co ostatecznie przepędziło ostatnich, okutanych w kufajki klientów i sprawiło, że obsługa snuła się drętwo pomiędzy pustymi stolikami próbując ogrzać nieco w wymuszonym ruchu. Pokryte śniegową mazią ulice straszyły brudem i przywodziły na myśl kultowy przebój Kultu a sine szyby biurowców przepuszczały coraz mniej światła sprawiając, że uwięzieni w openspace’ach szarzeli jak pozbawione słońca rośliny…

Natychmiast po przyjeździe ze Stanów rozpoczęłam wielodniowe i mocno wyczerpujące oczekiwanie na powrót Marty, licząc w skrytości ducha, że jej pobyt na Florydzie okazał się równie upiorny, jak mój w Kalifornii. Poszukując ukojenia dla swoich zszarganych nerwów oddawałam się dzikim fantazjom, w których widziałam ją w otoczeniu licznej zgrai niegdysiejszych kochanków osaczających ją na zalanych słońcem ulicach Sarasoty, śledzących na plażach Siesta Key i nękających swą nachalnością w dzikich ostępach Myakka…

Złożona mi przez Grażynę wizyta – o kryminalnej propozycji nie wspominając – wprawiła mnie w długotrwały stan umysłowej katatonii. Moje myśli kłębiły się niczym gęste opary czadu w dworcowej budce z kebabem a ambiwalencja uczuć przerastała wszystko, co było mi dane dotąd przeżyć dzięki uprzejmej socjopatii rozlicznych „eksmężów”…

Po głębokich spirytualnie doznaniach ślubnych oraz sprowokowanych przypowieścią o siewcy rozważaniach biblijnych, pogrążyliśmy się z Maćkiem w wielodniowym kontemplowaniu naszej duchowości i wspólnym czytaniu Pisma. Szczególne upodobanie odnajdywaliśmy w cytowanej przez weselnego kaznodzieję ewangelii świętego Marka, której warstwa dialogowa przemawiała do nas ze szczególną mocą, sprawiając, że natchnieni mądrością bożą żyliśmy w cnocie i skromności odnajdując radość w pracy i jałmużnie. I choć ścieżka prowadząca do zbawienia wiodła nas przez mroczną dolinę wyrzeczeń, to jednak trwaliśmy w duchu odnowy niepodatni na pokusy świata materialnego i targające naszymi ciałami chucie…