Przez wszystkie lata przyjaźni i pracy łączyło nas z Martą – oprócz siostrzanej miłości – szczególne zrządzenie losu, dzielące na dwoje każdy niezwykły przypadek, fatum, nieszczęście i radość…

Rzecz z mężczyznami miała się tak, że znałam ich w życiu zbyt wielu…

Od wielu tygodni niebo nad Warszawą miało kolor żeliwa a temperatury – wbrew kalendarzowi – nie wychodziły poza stany właściwe dla kwietnia. Szare ulice zapełniali popielaci na twarzach przechodnie przetykani niekiedy obnoszącymi sztuczną opaleniznę paniami, podejrzewanymi przez ogół o wirusowe zapalenie wątroby…

Praca w międzynarodowej renomy wydawnictwie miesięczników znanych i uchodzących za luksusowe od samych swoich początków zaoferowała mi niezliczone możliwości rozwoju osobistego i zawodowego a obcowanie z koryfeuszami polskiej sceny rozrywkowej stanowiło najmniejszy zaledwie spośród wszystkich bonusów. Oprócz bowiem imprezowego froteryzmu z celebrytami, szans na podziwianie niezwykłej urody i szyku krążących po salonach gwiazd oraz cennych momentów w towarzystwie podnoszących status akcesoriów, moje życie wypełniać zaczął pełen literackich popisów papier. O gramaturze nie mniejszej niż sto dwadzieścia…

Nigdy nie przepadałam za brytyjską rodziną królewską uznając ją za wyjątkowo mało estetyczną i zdradzającą wyraźne oznaki magnackiej aberracji. Przedziwne kreacje i potworniejsze jeszcze uśmiechy królowej przyprawiały mnie o drżenie, wątpliwa uroda księcia Karola skłaniała ku opinii, że dla świata rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby został tamponem Camilli a rozpaczliwe miny i rzewne wyznania płaczliwej Diany przyprawiały o torsje. Kolejny po Karolu pretendent do tronu – łysiejący przedwcześnie Bill – zdawał się kumulować w sobie mydłkowatą bezbarwność matki i lekką ociężałość umysłową ojca lecz – niestety – nie ich seksualny temperament…

Celebracja kolejnych urodzin odbiła się kilkudniową, bolesną czkawką galopującego Weltschmerzu i zaowocowała frustrującym przekonaniem, że zmieniam się powoli w nawóz historii. Bez szans na patent, Nobla ani Oscara. Wizje przyszłych zaszczytów stawały się coraz mętniejsze, obietnice awansów – rozmyte nierealnością, a szanse na zbitą naprędce fortunę – naiwne jak rojenia dziecka. Pogrążałam się powoli w spokojnym, wyzutym z aspiracji pogodzeniu z losem, dorastając do momentu, gdy jedynym celem stanie się życie jako takie…

W pierwszym tygodniu kwietnia Ojciec skończył sześćdziesiąt lat a ja uświadomiłam sobie w pełni bolesną nieuchronność przemijania. Z każdym dniem kolejne komórki obumierały, metabolizm spowalniał a ciało zasuszało się na kształt pomarszczonego pergaminu, którego nie były już w stanie wygładzić najdroższe nawet kremy. W oczach nie było już tego blasku, włosy matowiały a chód stawał coraz mniej sprężysty. Poranne wstawanie było spowolnione, czas reakcji wydłużał się a perspektywy karlały. Do szans na zostanie śpiewakiem operowym, dowódcą wojsk lotniczych czy kardiochirurgiem – które od lat były zerowe – teraz doszusowała niemożność uzyskania profesury, zarobienia okrągłego miliarda i trafienia na okładkę Time’a. Ojciec co prawda trzymał się świetnie, ale…