Prawdziwe kobiety dzielą się na te, które uwielbiają brylanty, i te, które jeszcze o tym nie wiedzą.

Jeśli o mnie chodzi, to wiedzę tę pozyskałam niestety dość późno, za co hołd muszę oddać niezwykłej przenikliwości mojej Pierwszej Teściowej. To ona, jako pierwsza, zdiagnozowała u mnie karczemną podatność do uwielbiania przedmiotów pięknych i – jak na doskonałą matkę przystało – ostrzegła mego – wówczas jeszcze przyszłego – Pierwszego Męża, przed tym potwornym defektem…

Zoologicznie zabarwiony tekst o urokach przedświątecznego szaleństwa wywołał poruszenie w kręgach bliższych i dalszych znajomych, którzy w kolejnych dniach zaczęli wykazywać bądź to nadmierną troskę o stan moich nerwów, bądź też omijać szerokim łukiem w obawie przed nagłym atakiem. Przez moment delektowałam się wręcz wrażeniem, że moja pozycja w biznesie gwałtownie wzrosła, bo nawet najzajadlejsi negocjatorzy każdą z moich sugestii witali gromkim aplauzem. W biurowej windzie otaczał mnie spory kordon powietrza, a gdy wchodziłam do kuchni stłumieni w kolejce po kawę rozstępowali się prędko udając, że bardzo się spieszą…

Istnieją na świecie mężczyźni, o których powszechnie wiadomo, że mają rozliczne talenty i nic co ludzkie nie jest im obce. Tacy, co dom wybudują, ciasto upieką i drzewo zasadzą a każdy mebel w ich domu należy do ręcznie robionych. Geniusze w pracy, zaradni w biznesie, nieocenieni w plewieniu ogródka. Sprawdzeni w robotach domowych znawcy fizyki jądrowej. Spece, macherzy, eksperci. Garniturowi wbijacze gwoździ z habilitacją, patentem żeglarza i złotą płytą na koncie. Biegle znający kilka języków, rozpoznający po smaku kolejne roczniki szampana i zadziwiający znajomych łacińską nazwą przędziorka, którego oprysk realizują – rzecz jasna – samemu i z werwą godną dopłaty unijnej. Poszukiwani ze świecą w dłoni przez pożądające ich cnót kobiety i znienawidzeni przez mężczyzn, którym energii wystarcza zaledwie na zgrzewkę Tyskiego…

Nigdy nie przepadałam za brytyjską rodziną królewską uznając ją za wyjątkowo mało estetyczną i zdradzającą wyraźne oznaki magnackiej aberracji. Przedziwne kreacje i potworniejsze jeszcze uśmiechy królowej przyprawiały mnie o drżenie, wątpliwa uroda księcia Karola skłaniała ku opinii, że dla świata rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby został tamponem Camilli a rozpaczliwe miny i rzewne wyznania płaczliwej Diany przyprawiały o torsje. Kolejny po Karolu pretendent do tronu – łysiejący przedwcześnie Bill – zdawał się kumulować w sobie mydłkowatą bezbarwność matki i lekką ociężałość umysłową ojca lecz – niestety – nie ich seksualny temperament…

Od dłuższego czasu Goran był dla mnie postacią legendarną. Mężczyzną, którego zbudowałam sobie na kształt i podobieństwo cygańskich gangsterów Kusturicy. Facetem o bałkańskiej duszy uwięzionym w tanim i zbyt obszernym garniturze, jaki wybierają zwykle inżynierowie. Człowiekiem równie tragicznym co zabawnym, nałogowo niezaspokojonym i całkowicie niezdolnym do zrobienia czegokolwiek, co mogłoby zachwiać jego – bezpiecznym w gruncie rzeczy – światem.