Dawno, dawno temu, w czasach, gdy liczne romanse wypełniały mi ściśle rozbuchany grafik a atrakcyjni mężczyźni tłoczyli przy drzwiach w nadziei na niewyłącznie intelektualne rozrywki, moim pierwszym konsultantem w sprawach związkowych i jednym z najbardziej oddanych przyjaciół pozostawał niezmiennie Marek Ruszkowski – mężczyzna z wieloletnim małżeńskim stażem, życiowym doświadczeniem i zdrową dawką życzliwego rozsądku…

Wraz z nadejściem przedwiośnia i krystalicznym błękitem nieba nad Warszawą moje myśli odpłynęły w stronę ciepłych majowych wieczorów, złocących się na trawnikach mleczy i powiewnych sukienek w grochy, w których z wdziękiem Grace Kelly mknęłam kabrioletem ku zachodowi, roztaczając wokół oszałamiającą aurę kobiecości. Skryty pod przymkniętymi powiekami obraz pulsował rozgrzanym na skórze zapachem perfum, popołudniowym słońcem Riwiery i rozbuchanym erotyzmem dostępnym wyłącznie trzydziestolatkom. Całości dopełniała różowo-złota poświata włoskiego powietrza i rozkoszna świadomość stojących otworem bram świata, za którymi niecierpliwiło się już czekające na mnie szczęście…

Okres przedświąteczny upływał w pełnym adwentowego oczekiwania skupieniu i szerzącej się miłości bliźniego. Zainspirowani ewangelicznym przesłaniem mszy roratnych katolicy wznosili serca ku nadciągającej z niebios rosie i wypatrywali Sprawiedliwego w nadziei, że nowonarodzone Dziecię obdarzy ich ośmioma błogosławieństwami i wszelką pomyślnością, a oczyszczone jego dobrocią ziemskie niwy popłyną nagle mlekiem, miodem i krupnikiem…