Wszystko zaczęło się od Camiela van der Meij. Pełnego niepozbawionej uroku próżności dandysa, którego garnitury szyte były na miarę przez usłużnego chińskiego krawca a rzednące włosy zawsze pachniały najdroższą paryską eau de toilette. Camiel jako jedyny schodził z piedestału swojego szklanego gabinetu i przechadzał rześko po korytarzach PwC w poszukiwaniu świeżych twarzy i genialnych podatkowo rozwiązań. Zaglądał przez ramię na wypływające na monitor angielskie słowa i rzucając okiem na leżącą na biurku kartę wejściową pytał, czy wszystko gra, zawsze dorzucając na koniec odczytane z wejściówki imię.

Marcin siedział przy stole z posępną miną i nie odzywał się ani słowem. W zasadzie, odkąd przyszli z Agatą, nie wydusił z siebie żadnego zdania poza zdawkowym powitaniem. W końcu wstał i nie zwracając uwagi na to, że pozostali goście wciąż jeszcze jedzą, rzucił w moją stronę:

– Musimy już iść!

14 marca przebiegł w tym roku wyjątkowo pomyślnie. Narzeczony – uraczony czterdziestodekową porcją polędwicy – wyglądał na mocno usatysfakcjonowanego a jego penis był równie szczęśliwy. Co prawda były w nich obu silne elementy niewiary w istnienie tego zacnego święta, ale solidna porcja lodów rozwiała ostatecznie wątpliwości i wieczorem zalegli wspólnie na kanapie pogrążając się w sytej bezmyślności zadowolonego samca.

Gdy wyszło na jaw, że sprawę mam całkowicie nieprzemyślaną i że, co gorsza, nie planuję wystąpień w sukni-bezie, wesela na trzysta osób ani stosownych na tą okazję gier i zabaw towarzyskich, Marta pokiwała tylko z ubolewaniem głową i przyglądając mi się z dezaprobatą stwierdziła, że ona osobiście może wszystko nadzorować, bo przecież na wielu ślubach bywała i zna się na tym znakomicie. Nie mówiąc już o tym, że na rogu Nowolipek i Jana Pawła jest znany jej skądinąd salon sukien ślubnych, w którym nie tylko dobierze mi kreację, ale i wzór zaproszeń.