Marta wsunęła głowę przez uchylone drzwi i teatralnym szeptem syknęła:

– Nie będzie mnie przez jakiś czas… Idę na casting na grubasa…

Zanim zdążyłam zareagować, już jej nie było.

– Na jaki casting? – spojrzałam pytająco na zamykające się drzwi. – Na grubasa?

Od dłuższego czasu Goran był dla mnie postacią legendarną. Mężczyzną, którego zbudowałam sobie na kształt i podobieństwo cygańskich gangsterów Kusturicy. Facetem o bałkańskiej duszy uwięzionym w tanim i zbyt obszernym garniturze, jaki wybierają zwykle inżynierowie. Człowiekiem równie tragicznym co zabawnym, nałogowo niezaspokojonym i całkowicie niezdolnym do zrobienia czegokolwiek, co mogłoby zachwiać jego – bezpiecznym w gruncie rzeczy – światem.

14 marca przebiegł w tym roku wyjątkowo pomyślnie. Narzeczony – uraczony czterdziestodekową porcją polędwicy – wyglądał na mocno usatysfakcjonowanego a jego penis był równie szczęśliwy. Co prawda były w nich obu silne elementy niewiary w istnienie tego zacnego święta, ale solidna porcja lodów rozwiała ostatecznie wątpliwości i wieczorem zalegli wspólnie na kanapie pogrążając się w sytej bezmyślności zadowolonego samca.