Agnieszkę i Tomka znałam od lat i przez cały ten czas starałam trzymać w ukryciu przed pozostałymi znajomymi, by uniknąć niezręcznych pytań, indagacji i przesłuchań na okoliczność naszej przyjaźni. Gdy tylko zdarzyło mi się bowiem zaprosić ich na organizowane w domu przyjęcie, czy nawet zwykłą kolację w szerszym gronie, natychmiast stawali się obiektem powszechnego zainteresowania a – po wyjściu – licznych obmów i komentarzy. I choć z początku sądziłam, że otaczający mnie single zieją zwykłą zazdrością na widok trwającej w związku pary, to z czasem, gdy wszyscy wokół zaczęli powoli normalizować swój stan cywilny i nie mogli być już podejrzewani o bezinteresowną zawiść, jasnym stało się, że z Gwiazdami rzeczywiście coś jest nie tak…

Gabinet ginekologiczny zawsze kojarzył mi się ze średniowieczną salą tortur. Kiedy odziana w dziwaczną, jednorazową spódniczkę z fizeliny i ceratowe kapcie dreptałam na fotel, linia pleców pochylała się lekko a nogi pokrywały sinym, marmurkowym wzorem. Mijając rozłożone na tackach w kształcie nerek narzędzia, modliłam się w duchu, by skończyło się na wzierniku. Obok niego zawsze leżały jednak potworne w kształtach rozwieracze, zgłębniki, kleszcze, kulociągi i skrobaczki. Tuż obok, na osobnej rynience trwał w gotowości bojowej stetoskop ginekologiczny a za nim zestaw haków i hegarów odbijających się w ustawionych równym rzędem lustrach waginalnych. Wszystko wysterylizowane, błyszczące stalą i gotowe na ujawnienie mojego wnętrza przed uzbrojonym w lateksowe rękawiczki lekarzem.