Wysunęła dłoń i poczuła na opuszkach palców delikatne drżenie powiewu. Pachniało rosą, ale zapach ten uchwytny był tylko przez moment. Już po chwili rozmywał się w chemicznym fetorze środka do mycia podłóg, którym jakaś ubrana w brązowy sweter i poplamiony fartuch kobieta zmywała o świcie posadzkę, słodkiej woni tanich perfum, którymi pacjentka z łóżka obok skrapiała swoją pościel, mrucząc przy tym pod nosem jakieś magiczne zaklęcia, oraz ciągnącym z korytarza odorze szpitalnego jedzenia.

Kiedy po dwóch miesiącach pełnych wyjątkowo kosztownej diagnostyki i licznych wizyt w renomowanej klinice uprzejma pani zadzwoniła, by potwierdzić spotkanie ze Światowej Sławy Ortopedą, westchnęłam z radością wiedząc, że oto zbliża się nieuchronnie koniec moich trosk, cierpień i zgryzot, które w zderzeniu ze szlachetnym obliczem oraz szkiełkiem i okiem Mędrca zaskowyczą żałośnie i znikną jak Mały Głód na widok serka Danio…

We wczesnym, przedszkolnym jeszcze dzieciństwie stanowiłam przyczynę licznych zgryzot wychowujących mnie Dziadków, którzy frasobliwie spinali brwi i wzdychali pod nosem za każdym razem, gdy udało im się przyłapać mnie na zabawach nielicujących z płcią i elegancją dziedziczki. Bolesna troska, jaką mnie otaczali była tym głębsza, że całe miasto podejrzewało, że jestem późnym owocem ich namiętności a wygłaszane przez Babcię dementi traktowane było jak całkowita, choć skądinąd urocza, ściema.