Mama Jaga

Pani Jadzia ma lat 38 i pracuje w reklamie. Nie to, żeby fakt ten miał jakieś doniosłe znaczenie. Ot, po prostu, w czasach, gdy zdawała maturę prawie wszyscy w jej klasie szli na marketing i zarządzanie. Jadzia też nie miała wtedy lepszego pomysłu, a że zawsze wiedziała, że jest nad wyraz śliczna i przebojowa, kierunek ten wydawał się idealny.

Kiedy wchodziła po raz pierwszy w mury uczelni wiedziała jedno: błyszczące okładki magazynów luksusowych i dynamiczne spoty Ex’clamat¡on stawały przed nią otworem. Teraz to ona mogła odrywać obcasy pod wpływem miętówek i to ją mężczyźni pragnęli zasypywać na ulicy kwiatami pod wpływem Impulsu. Przyszłość jawiła się atrakcyjnie, kolorowo, zasobnie i syto. A Jadzia? Jadzia była na to gotowa…

Nigdy nie przepadałam za brytyjską rodziną królewską uznając ją za wyjątkowo mało estetyczną i zdradzającą wyraźne oznaki magnackiej aberracji. Przedziwne kreacje i potworniejsze jeszcze uśmiechy królowej przyprawiały mnie o drżenie, wątpliwa uroda księcia Karola skłaniała ku opinii, że dla świata rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby został tamponem Camilli a rozpaczliwe miny i rzewne wyznania płaczliwej Diany przyprawiały o torsje. Kolejny po Karolu pretendent do tronu – łysiejący przedwcześnie Bill – zdawał się kumulować w sobie mydłkowatą bezbarwność matki i lekką ociężałość umysłową ojca lecz – niestety – nie ich seksualny temperament…

Agnieszkę i Tomka znałam od lat i przez cały ten czas starałam trzymać w ukryciu przed pozostałymi znajomymi, by uniknąć niezręcznych pytań, indagacji i przesłuchań na okoliczność naszej przyjaźni. Gdy tylko zdarzyło mi się bowiem zaprosić ich na organizowane w domu przyjęcie, czy nawet zwykłą kolację w szerszym gronie, natychmiast stawali się obiektem powszechnego zainteresowania a – po wyjściu – licznych obmów i komentarzy. I choć z początku sądziłam, że otaczający mnie single zieją zwykłą zazdrością na widok trwającej w związku pary, to z czasem, gdy wszyscy wokół zaczęli powoli normalizować swój stan cywilny i nie mogli być już podejrzewani o bezinteresowną zawiść, jasnym stało się, że z Gwiazdami rzeczywiście coś jest nie tak…

Gdy wyszło na jaw, że sprawę mam całkowicie nieprzemyślaną i że, co gorsza, nie planuję wystąpień w sukni-bezie, wesela na trzysta osób ani stosownych na tą okazję gier i zabaw towarzyskich, Marta pokiwała tylko z ubolewaniem głową i przyglądając mi się z dezaprobatą stwierdziła, że ona osobiście może wszystko nadzorować, bo przecież na wielu ślubach bywała i zna się na tym znakomicie. Nie mówiąc już o tym, że na rogu Nowolipek i Jana Pawła jest znany jej skądinąd salon sukien ślubnych, w którym nie tylko dobierze mi kreację, ale i wzór zaproszeń.