Dyrektor Wielicki siedział rozparty w fotelu i machając wdzięcznie założoną na nogę nóżką rozglądał po Placu Trzech Krzyży. Wiosenne słońce rozpraszało się na jego ciemnych okularach i oświetlało wypucowaną na wysoki połysk czaszkę podkreślając delikatną bladość znudzonego oblicza. Wychudzone ręce wykonywały co jakiś czas niedbały gest wskazując niedyskretnie kolejne, mijające kawiarniany ogródek osoby, po których przejściu Dyrektor zanosił się nerwowym śmiechem, za każdym razem rzucając:
ubrania
Marcin siedział przy stole z posępną miną i nie odzywał się ani słowem. W zasadzie, odkąd przyszli z Agatą, nie wydusił z siebie żadnego zdania poza zdawkowym powitaniem. W końcu wstał i nie zwracając uwagi na to, że pozostali goście wciąż jeszcze jedzą, rzucił w moją stronę:
– Musimy już iść!