Jako dziecko posiadałam wszystkie adekwatne do wieku talenty z wyjątkiem gimnastycznego. Fikołki w przód i w tył doprowadzały mnie do zawrotu głowy, gwiazdy, szpagaty i stanie na rękach zdawały się być chorym urojeniem jakiegoś zwyrodniałego umysłu a skok przez skrzynię przez wiele lat budził mnie w nocy krzykiem przerażenia. W ogólniaku miałabym pewnie z wuefu pałę, gdyby nie kordialna pomoc Karoliny Piwońskiej – znanej z determinacji i siły w rękach – która jako jedyna z koleżanek była mnie w stanie unieść za stopy, postawić na głowie a potem przekonać panią profesor, że choć trzymana za kostki zrobiłam śirszasanę całkiem bez podtrzymywania…

Kiedy we wczesnym szczeniactwie odkryłam z rozpaczą, że inteligentna rozmowa z kobietą stanowi ewenement przyrodniczy na miarę naturalnego skupiska wiesiołka dwuletniego w Tokarni, moja teza nie była poparta żadnym dowodem a mizoginię wspierały jedynie empiryczne doznania zapewniane mi regularnie przez koleżanki z klasy. I choć były one w większości piątkowymi uczennicami o okrągłym piśmie i zawsze odrobionej pracy domowej, to w konfrontacji z trójkowymi kolegami rysującymi w dzienniczkach ucznia latające talerze, pershingi i średniowieczne maszyny oblężnicze pozostawały niczym więcej niż pustymi lalkami powtarzającymi karnie okrągłe zdania nauczycielek…