Nigdy nie przepadałam za brytyjską rodziną królewską uznając ją za wyjątkowo mało estetyczną i zdradzającą wyraźne oznaki magnackiej aberracji. Przedziwne kreacje i potworniejsze jeszcze uśmiechy królowej przyprawiały mnie o drżenie, wątpliwa uroda księcia Karola skłaniała ku opinii, że dla świata rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby został tamponem Camilli a rozpaczliwe miny i rzewne wyznania płaczliwej Diany przyprawiały o torsje. Kolejny po Karolu pretendent do tronu – łysiejący przedwcześnie Bill – zdawał się kumulować w sobie mydłkowatą bezbarwność matki i lekką ociężałość umysłową ojca lecz – niestety – nie ich seksualny temperament…

Pierwszy raz zobaczyłam ich, gdy wiedzeni ciekawością zjawili się w domu Maćka, by obejrzeć następczynię dobrze im znanej pierwszej żony. On szedł pierwszy, drobnym, energicznym krokiem mężczyzny w słusznym wieku, rozsiewając wokół lepkie uśmiechy starzejącego się lowelasa, ona za nim – wstrząsana nerwowym tikiem, potrząsająca głową i rękami w chaotycznej gestykulacji powitania. Stanowili przedziwną parę i na pierwszy rzut oka wydawało się, że to niemożliwe, by mogli być razem.

Wyjazdy do Poznania nigdy nie były moim ulubionym sposobem spędzania weekendów. Za każdym razem wracałam stamtąd wycieńczona jak po nocy z hordą wyposzczonych wampirów i najszczersze wysiłki Maćka nigdy nie były w stanie całkowicie uchronić mnie przed sinymi obwódkami wokół oczu oraz pulsującym bólem głowy, który odczuwałam aż do środy.