Nigdy nie przepadałam za brytyjską rodziną królewską uznając ją za wyjątkowo mało estetyczną i zdradzającą wyraźne oznaki magnackiej aberracji. Przedziwne kreacje i potworniejsze jeszcze uśmiechy królowej przyprawiały mnie o drżenie, wątpliwa uroda księcia Karola skłaniała ku opinii, że dla świata rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby został tamponem Camilli a rozpaczliwe miny i rzewne wyznania płaczliwej Diany przyprawiały o torsje. Kolejny po Karolu pretendent do tronu – łysiejący przedwcześnie Bill – zdawał się kumulować w sobie mydłkowatą bezbarwność matki i lekką ociężałość umysłową ojca lecz – niestety – nie ich seksualny temperament…

Pierwszy raz zobaczyłam ich, gdy wiedzeni ciekawością zjawili się w domu Maćka, by obejrzeć następczynię dobrze im znanej pierwszej żony. On szedł pierwszy, drobnym, energicznym krokiem mężczyzny w słusznym wieku, rozsiewając wokół lepkie uśmiechy starzejącego się lowelasa, ona za nim – wstrząsana nerwowym tikiem, potrząsająca głową i rękami w chaotycznej gestykulacji powitania. Stanowili przedziwną parę i na pierwszy rzut oka wydawało się, że to niemożliwe, by mogli być razem.